piątek, 25 czerwca 2010

Czym była tzw. IV RP

Mariusz Gulczyński

CZYM BYŁA TZW. IV RP

Wnioski z doświadczeń – przestrogi na przyszłość

O tym, iż w Polsce może dokonać się nie postęp w kierunku pełnych, skonsolidowanych demokracji, lecz regres w kierunku demokracji fasadowych – kojarzących instytucjonalny wystrój quasi-demokratyczny z bazującymi na populizmie autokratycznymi rządami – przekonaliśmy się aż nadto realnie w dwuleciu kreowania tzw. IV Rzeczypospolitej. Zmiany ustrojowe wprowadzane za rządów PiS – w najbardziej egzotycznej ze wszystkich dotychczasowych koalicji z LPR i Samoobroną – pod szyldem «IV Rzeczypospolitej», powodowały ewidentnie nie przezwyciężanie lecz pogłębianie wadliwości polskiej demokracji. Wiele przemawia za tym, iż pełniejsze i trwalsze ich wdrożenie powodowałoby przemieszczenie Polski z kategorii demokracji wadliwych do niższej kategorii państw o hybrydowym systemie, określanych mianem demokracji autorytarnych bądź fasadowych. Tego zatem, iż „IV RP” była i się zbyła po dwuleciu panowania dzięki werdyktowi wyborczemu większości Polaków nie wolno traktować jako nieistotny epizodzik polskiej historii. Trzeba uznać za ważką nauczkę i istotne źródło wiedzy, pomocne w skuteczniejszym niż dotychczas konsolidowaniu polskiej demokracji.

Na pytania czym była tzw. IV RP, dlaczego się zbyła i jakie skutki po sobie zostawiła próbowałem odpowiedzieć w referatach wygłoszonych na dwu dysputujących o tej problematyce naukowych konferencjach. Pierwszej p.t. „IV Rzeczpospolita – fikcja czy rzeczywistość?” w Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. I drugiej, p.t. „Krajobraz polityczny po wyborach 2007 roku” zorganizowanej przez Wydział Politologii Almamer Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Warszawie [1]. Tu zamieszczam kwintesencję obydwu tych prób zdefiniowania natury i przyczyn tego przejściowego – miejmy nadzieję, że bezpowrotnie – regresu procesów demokratyzacji.

Opatrywanie kolejnym numerem nazwy Rzeczypospolitej Polskiej stosowano uprzednio przy definiowaniu dużej rangi jakościowych zmian systemu politycznego. Takich jak odzyskanie niepodległości w 1918 roku – gdy odrodziła się II Rzeczpospolita, czy przy generalnej zmianie ustroju z autokratycznego na demokratyczny w 1989 r. – zapoczątkowującej epokę określoną w preambule Konstytucji mianem Trzeciej Rzeczypospolitej. Samookreślanie przez liderów Prawa i Sprawiedliwości swych zamierzeń i działań mianem kreowania «IV Rzeczypospolitej» uznawane było i jest przez wielu obserwatorów za przesadne, odzwierciedlające bardziej ich ambicje, niż realną, historyczną rangę dokonań. Odsunięcie PiS-u większościowym werdyktem wyborców od rządów zdaje się te opinie potwierdzać. Jest raczej pewne, że zmiany wprowadzane przez PiS w czasie ich rządów nie okażą się na tyle trwałe i istotne, by uzasadniały określanie dwuletnich ich rządów zmodyfikowaną formalnie w ten sposób nazwą państwa. Niemniej pojęcie «IV RP» weszło do polskiego języka i jest powszechnie uznawane za termin określający nie tylko ambicje liderów PiS, ale i praktyczne ich poczynania. Z politologicznego punktu widzenia termin «IV RP» może zatem być użyteczny poznawczo dla definiowania tego, czym cechowały się zmiany wprowadzane do polskiej polityki przez PiS, pod warunkiem określenia przydawką tzw. bądź opatrywania cudzysłowem.

Czym była?

Na pytanie czym tzw. IV Rzeczpospolita była odpowiadam, iż w świetle zarówno odczuć społecznych jak i faktów można stwierdzić, że była próbą generalnej zmiany zakreślonego konsensusem Okrągłego Stołu kierunku refolucyjnej transformacji od autorytaryzmu do pełnej demokracji na zdecydowanie odwrotny: kreowania populistycznej wersji autorytarnego systemu politycznego. O tym, iż takie było dość powszechne odczucie większości światłych Polaków, świadczy odsunięcie kreatorów «IV RP» od rządów w kolejnych wyborach. Motywowane poczuciem zagrożenia demokracji wynikającym z przekonania, że o ile wszystkie poprzednie wybory po 1990 roku były rutynowym przejmowaniem władzy przez kolejne ekipy – nawet «wygrana SLD w 1993 roku, jak i w 2001 okazała się normalnym wyborem w demokratycznym kraju, raz u władzy są jedni, innym razem drudzy, PRL nie wróci, będziemy jechać w tę samą stronę. Nie było perspektywy wykolejenia się pociągu. A teraz tory zaczęły się lekko wykrzywiać i pojawiło się realne zagrożenie jego wykolejenia.» [2]

O realności tego zagrożenia świadczyła praktyka dwuletnich rządów PiS, dowodząca wyraziście, iż ich celem jest wykreowanie systemu rządów wodzowskiej partii dominującej:

· preferującej omnipotencję państwa,

· ograniczającej samorządność i samozaradność obywatelską,

· zastępującej demokratyczne reguły podziału i równoważenia organów władzy państwowej przez zasady typowe dla systemów centralistycznych i hierarchicznych,

· potęgującej represywne sposoby zwalczania patologii miast wykrywania i usuwania ich przyczyn,

· upartyjniającej aparat państwowy i samorządowy.

Charakter PiS-u jako wodzowskiej, autorytarnej partii zarysował się wyraziście już przed wyborami 2005 roku. Służył temu eklektyzm programowy – lewicowy w sensie socjalnym i prawicowo-konserwatywny w sensie ideologicznym, sprzyjający pozyskiwaniu szerokich i zróżnicowanych kręgów społecznych. Podporządkowana tym celom była również wewnętrzna struktura partii, jakościowo różna od typowych partii demokratycznych. PiS okazał się ewidentnie partią wodzowską, charakteryzującą się wysokim stopniem autorytaryzmu. Ten typ partii, organizującej się wokół charyzmatycznego przywódcy, przyciąga ludzi niesamodzielnych, skłonnych do absolutnego posłuszeństwa, «ucieczki od wolności». Charakteryzując właściwości PiS Janusz Reykowski zwraca uwagę, iż «jej członkowie są całkowicie podporządkowani jednej ideologii i jednej interpretacji świata. Wypowiadając się publicznie, nie wykazują niemal śladu zdolności do samodzielnego myślenia. W każdej sprawie kontrowersyjnej mają jednolite, stanowcze poglądy - takie jak szef partii. Ta postawa ścisłego podporządkowania w myśl zasady »autorytet ma zawsze rację« (tzw. autorytarna uległość), jest jedną z trzech głównych cech mentalności autorytarnej. […] Dwie dalsze to konwencjonalizm, czyli bezkrytyczna aprobata tradycyjnych norm, oraz autorytarna agresja, czyli silna wrogość i skłonność do bezwzględnego zwalczania każdego, kto ma inne poglądy na świat, inne wartości, inny styl życia. Ludzie autorytarni wierzą, że stosowanie przymusu i represji to najlepszy sposób rozwiązywania problemów społecznych.» [3]

O autorytarnych tendencjach świadczy też totalizm ideologiczny oraz typowa dla reżimów autorytarnych medialna nadobecność polityki i polityków. Andrzej Walicki, definiując ideologiczne źródła i praktyczne skutki «IV RP» ,stwierdza, iż «jej mentalną podstawą jest endecka idea nadrzędności wspólnoty narodowej nad demokratyczną, ukonstytuowaną prawnie wspólnotą obywatelską; praktycznym tego zastosowaniem jest koncepcja (również endecka) narodowej elity, mającej prawo określać, kto jest, a kto nie jest prawdziwym Polakiem, komu można, a komu nie należy przyznawać pełnych praw obywatelskich.» [4]

Najwyrazistszym dowodem odchodzenia od reguł demokracji w kierunku autorytaryzmu była patologizacja funkcji polityki, nacelowanej nie na łagodzenie i przezwyciężanie sprzeczności, lecz na potęgowanie istniejących i kreowanie nowych skonfliktowań wewnętrznych i z sąsiednimi nacjami - po to, by panować nad skłóconym i zastraszonym narodem.

Jacek Kurczewski zwraca trafnie uwagę, że «afery związane z kierowaniem aparatu wykonawczego przeciwko politykom, podsłuchy, prowokacje – nie powinny nas zmylić. Projekt IV RP to nowy projekt ustrojowy, dla którego walka z korupcją, o której mówi PiS, czy walka z konkurencją polityczną, o której mówi opozycja, to tylko taktyczne szczegóły. W nowym projekcie, który tak naprawdę jest stary i można odnaleźć go w czasach Sanacji, chodzi o centralizację władzy publicznej. Stąd atak na niezależne od rządu korporacje, które poza tym, że są autonomiczne, w przypadku rządów prawa dają władzy sądowniczej konkretną siłę społeczną. To ona mogłaby wesprzeć obywateli w sporze z rządem o władzę orzekania o życiu (o ile przywróci się karę śmierci), wolności i własności. Ale jest to również ograniczenie samorządności, przez wprowadzenie rządowego nadzoru nad działaniami lokalnymi. A i w stosunku do Kościoła można dostrzec wcale nie klerykalny, jak się wydaje lewicowym przeciwnikom PiS, ale sanacyjny model: władza państwowa opowiada się za tym czy innym duchownym w dzielącym ich sporze, co na dalszą metę prowadzi nie do uzależnienia państwa od Kościoła, ale do nadrzędności państwa. Podczas gdy Europa (nawet sewrski wzorzec państwa scentralizowanego, jakim była także dla bolszewików postjakobińska Francja) poszła w kierunku rozszczepiania władzy na rozmaite jej szczeble – lokalne, regionalne, krajowe i ponadnarodowe, PiS chce zawrócić Polskę z tej drogi.» [5] “Atmosfera ich fatalnych rządów w latach 2005-07 przypominała bardziej Robespierra niż Benjamina Franklina.” [6]

Kreatorzy «IV RP» nie skrywali, że wzorują się na sanacyjnej «rewolucji moralnej». Porównanie wprowadzanych przez nich zmian świadczy, że istotnie dość konsekwentnie stosowali się do właściwych rządom sanacji autorytarnych metod. Ewidentnych tego dowodów dostarcza lektura monografii rządów sanacji autorstwa Andrzeja Garlickiego, wybitnego znawcy tej problematyki. [7] Tożsama była wonczas i współcześniej tendencja do opanowania wszelkich struktur państwa przez kolonizację własnymi zwolennikami kolejnych obszarów państwowej aktywności. Tożsame próby pozbawienia sądownictwa atrybutu niezawisłości i obsadzanie funkcji ministra sprawiedliwości przez ludzi młodych, o ustach pełnych wzniosłych frazesów, a naprawdę zapatrzonych w złotego cielca własnej kariery. A zatem i tendencja do przekształcania instytucji demokratycznych w «wydmuszki» maskujące rządy autorytarne. Podobne też okazały się przyczyny końcowego niepowodzenia rządów obydwu tych formacji. Komentujący przywołaną tu monografię Tomasz Nałęcz, upatruje przyczyn w potraktowaniu społeczeństwa nie jako podmiotu, lecz przedmiotu mającej go odmienić i uszlachetnić operacji, rodzącym «coraz większą przepaść między społeczeństwem i władzą, czego ta ostatnia nie rozumiała.» [8] Nie sposób nie dostrzec, że naśladowczość ta zaowocowała potwierdzeniem trafności znanej konstatacji, że historia zwykła się wprawdzie powtarzać, o ile jednak za pierwszym podejściem jako tragedia, to za drugim jako tragifarsa. Z czasów sanacji winny wynikać zatem nie wzorce do naśladowania, lecz «przestroga przed działaniami realizowanymi w myśl reguły, że cel uświęca środki. Książka udowadnia, jak opłakane rezultaty dało to w wykonaniu jednego z najwybitniejszych Polaków, jakim był Piłsudski. A cóż dopiero mówić o sięgających po jego metody współczesnych politykach, którzy swoim kalibrem nie dorastają mu nawet do kolan.» [9]

Z przedstawionej tu skrótowo prezentacji zamierzonych i realizowanych w czasach „IV RP” przekształceń ustrojowych wynika, że nie rokowały bynajmniej one przezwyciężania właściwych III Rzeczypospolitej niedostatków powodowanych przez niepełne oswojenie i wdrożenie standardów właściwych dla demokratycznego systemu. Wręcz przeciwnie – powodowały regres procesów demokratyzacji. Regres na tyle znaczny, że skutkujący - wedle ocen renomowanych zagranicznych ośrodków badawczych - spadkiem Polski z czołowej pozycji państwa najskuteczniej wdrażającego demokratyczne instytucje i standardy ze wszystkich państw postsocjalistycznych - na ósmą pozycję w 2007 roku [10] i zaliczenie do kategorii demokracji wadliwych [flawed], z niskim, 18 miejscem na ich liście, z krajów członkowskich Unii Europejskiej lepszym tylko od Bułgarii i Rumunii. [11]

Nie należy jednak demonizować przesadnie skutków dokonywanych za rządów PiS-u zmian ustrojowych. Były to zmiany wprawdzie wyraziste i intensywne, lecz płytkie i dość łatwe do usunięcia. Odchodzenie od demokratycznych standardów następowało głównie w stylu i metodach rządzenia PiS i jego koalicjantów. I okazywało się możliwe w istotnej mierze dlatego, że nie zostały zrealizowane zadania właściwe dla trzeciej fazy ustrojowej transformacji: wypełnienia umocowanej w Konstytucji Trzeciej Rzeczypospolitej demokratycznej formy instytucjonalno-prawnej – adekwatnym poziomem społecznej samoorganizacji, obywatelskiej aktywności i kultury politycznej. [12] Konstytucyjne ograniczenia – traktowane wprawdzie przez liderów PiS jako niewygodny gorset, lecz respektowane niechętnie ze względu na niemożność «poluźnienia» powodowaną niedostatkiem mandatów w Sejmie i uwarunkowaniami wynikającymi z przynależności do Unii Europejskiej – uniemożliwiły trwalsze i głębsze zmiany ustrojowe.

Nie wolno jednakoż lekceważyć powodowanych przez te zmiany objawów psucia państwa i politycznych obyczajów. Mogą one bowiem pogłębiać i utrwalać te negatywne cechy polskiego systemu politycznego – w szczególności partyjnego, które stały się powodem zwycięstwa tej orientacji w 2005 roku. Zwycięstwa wówczas względnego – bo bazującego na poparciu zaledwie 11 procent uprawnionych do głosowania. Lecz mogącego się stać źródłem trwalszego wpływu tej orientacji na kształt polskiego systemu politycznego, a zatem i kształt Polski oraz losy Polaków – czego świadectwem jest względna przegrana w wyborach 2007 roku, bo z poparciem większym niż przed dwu laty, wynoszącym 17 procent całego elektoratu. I z zachowaniem istotnych przyczółków, wręcz bastionów «IV RP» w postaci – po pierwsze – urzędu prezydenckiego oraz – po drugie – PiS-u silniejszego w opozycji niż uprzednio w rządach, deklarującego otwarcie kontynuowanie po oczekiwanym w przyszłych wyborach zwycięstwie skuteczniejszego kreowania «IV Rzeczypospolitej».To sprawia, że nie wolno uznawać, iż tzw. IV RP była i «się zbyła» bezpowrotnie. Niezbędne jest kontynuowanie naukowej refleksji nad tym, dlaczego opcja zmierzająca do zmiany kursu polskiej transformacji ustrojowej z demokratycznego na autorytarny :

· zwyciężyła przed dwu laty,

· przegrała w wyborach 2007 roku oraz

· czy ma szanse wygrać w następnych – prezydenckich w 2010 roku i parlamentarnych w 2011 roku.

Dlaczego była?

W odpowiedzi na pierwsze z tych pytań – o przyczyny wygranej PiS w wyborach 2005 roku – właściwą konstatacją jest wskazanie, iż wynikło to głównie z zaniedbań interesów znaczącej części elektoratu, marginalizowanego przez procesy demokratyczno-rynkowej transformacji i integracji europejskiej – starszego, niżej wykształconego, małomiasteczkowego i wiejskiego. [13] Zlekceważenie obywatelskich aspiracji odłamu zidentyfikowanego wonczas pogardliwie przez lidera PO Donalda Tuska jako «mocherowa koalicja» i ograniczenie się SLD do «obrony życiorysów», lecz nie doraźnych interesów wykluczanych, przesądziło o przegranej tych partii i wygranej PiS oraz jego przyszłych koalicjantów – Samoobrony i LPR. PiS – i jego przyszli koalicjanci – zyskali wonczas przewagę w istotnej mierze dzięki głosom znieważonych przez PO i rozczarowanych do SLD. I – co istotne dla współczesnego krajobrazu politycznego – wyborcy ci okazali się wierni PiS w październikowych wyborach w 2007 roku, przesądzając o ewidentnych przewagach tej partii w środowiskach i regionach o przewadze niżej wykształconych, starszych, przegrywających względnie bądź bezwzględnie na transformacji i integracji europejskiej, bardziej uzależnionych od socjalnych funkcji państwa niż od własnej przedsiębiorczości. Świadczy to, iż PiS świetnie się wpisał w zapotrzebowania tej części elektoratu – włącznie z tęsknotami za silnym państwem opiekuńczym «jak za Gierka», łatwiejszym do powszechnego przyjęcia, bo w «sanacyjnym» i konserwatywno-religijnym opakowaniu.

Głębsze wytłumaczenie przyczyn owoczesnego dojścia do władzy kreatorów «IV RP», a i przyczyn od niej odsunięcia, wymaga odwołania się do wiedzy o właściwościach procesów przeobrażeń ustrojowych tej rangi jak polska współczesna transformacja od autorytaryzmu do demokracji. Twierdzę, iż w próbie kreowania «IV RP» przejawiła się właściwa wszelkim rewolucyjnym [a zatem i refolucyjnym] przemianom tendencja do kontrrewolucji i restauracji tego co właściwe dla uprzednich ustrojów.

Doświadczenie dziejów ludzkości dowodzi, że głębokie zmiany ustrojowe tej rangi, przez jakie przechodzi od 1989 roku Polska, cechują pewne istotne podobieństwa. Dokonują się one z reguły w dość długim, trwającym zazwyczaj ponad wiek procesie, składającym się z czterech następujących po sobie faz:

[1] rewolucyjnej zmiany i przebudowy systemu,

[2] konfliktu w łonie sił dokonujących zmiany na skutek rozziewu między obietnicami rewolucji a jej pierwotnymi rezultatami,

[3] prób przywrócenia poprzedniego systemu w drodze kontrrewolucji i restauracji,

[4] ukonstytuowania jakościowo lepszej formacji – oczywiście, pod warunkiem przebrnięcia przez wszystkie uprzednie fazy rewolucyjnych przeobrażeń. [14]

Wiele przemawia za tym, że współczesna polska refolucyjna przemiana znalazła się przed dwu laty w trzecim z wyżej opisanych stadiów – kontrrefolucji i restauracji. Jej sednem była wszak negacja fundamentalnych zasad polskiej refolucji - «odrzucenie kompromisu Okrągłego Stołu, uznanie go za zdradę narodową, oraz propagowanie programu pozasądowej, powszechnej lustracji, mającej objąć setki tysięcy osób i rozciągnąć się na wiele lat, z IPN w roli głównego rozgrywającego.» [15] Nie winno mylić to, iż kontrrefolucja ta przebiegała podobnie bezkrwawo, jak i uprzednie fazy – co jest częstym zarzutem wysuwanym przez «hurrarewolucjonistów ze spóźnionym zapłonem». Zastępczą tego formą była walka na «teczki» i życiorysy. To w tej formie objawiała się prawidłowość, iż rewolucja zjada swoje dzieci. Potwierdzeniem tej prawidłowości w Polsce współczesnej jest agresywność ataków na głównych sprawców demokratycznych przemian – Jacka Kuronia, Adama Michnika, Lecha Wałęsę, Bronisława Geremka, Władysława Bartoszewskiego, Andrzeja Drawicza i wielu, wielu innych. Bezspornie zasłużonych, lecz szkalowanych przez spóźnionych hurrarewolucjonistów, zgodnie ze zdemaskowaną trafnie przez Leca perfidną metodą: jeśli nie potrafisz przewyższyć – próbuj poniżyć. Można zasadnie domniemywać, że w innej sytuacji wewnętrznej i konfiguracji międzynarodowej mogłoby to mieć charakter o wiele ostrzejszy i bezwzględniej eliminujący wszystkich uznanych za wrogów.

Historiozoficzny ogląd tego co się w «IV RP» działo skłania do paradoksalnego z pozoru twierdzenia, że sednem zakładanych i wprowadzanych zmian była restauracja systemu wzorowanego nie tylko – zgodnie z deklaracjami – na rządach sanacji, ale i na czasach PRL–u. Różnice zabarwienia ideologicznego oraz bezwzględna deklaratywna negacja tych czasów, nie powinny przesłaniać podobieństw aspiracji liderów PiS–u do zajęcia podobnej jak za PRL-u pozycji partii dominującej, o stylu wodzowskim, z paternalistyczno-poddańczym charakterem relacji ze swą bazą społeczną, etatyzmem, centralizacją władzy, negatywnym stosunkiem do uniezależniających się od rządzących państwem organizacji społecznych i korporacji zawodowych, a i wielu innych cech. Podobnych realnie, a różnych tylko i głównie werbalnie od znanych z czasów PRL–u, gdy wyzbywał się cech totalitarnych i stawał się za Gomułki i Gierka systemem populistyczno–autorytarnym. Twierdzę, że przyjęcie takiej perspektywy wiele tłumaczy z tego co się z tzw. IV RP wiąże. Włącznie z najsilniejszym poparciem ze strony starszego pokolenia Polaków, oswojonego najpełniej z takim stylem rządów i rolą państwa w ich życiu, odczuwającego doń świadomie bądź podświadomie większy sentyment, niż do trudniejszych do zrozumienia i wymagających odmiennych zachowań reguł pełnej demokracji.

Za tym, że mieliśmy do czynienia nie z polskim ekscesem, lecz z powszechniejszą prawidłowością, świadczą podobne, populistyczno-autorytarne tendencje w innych państwach postkomunistycznych i postfaszystowskich. Wspólnym ich problemem jest «zwątpienie w demokratyczne instytucje i wzory partycypacji politycznej» i związane z tym takie negatywne zjawiska, jak «znaczący wzrost absencji wyborczej, niestabilność elektoratu, postępujące rozdrobnienie systemów partyjnych, erupcja ruchów społecznych, które omijają system tradycyjnych przedstawicielskich instytucji politycznych, a tak­że powstawanie partii radykalnych i/lub partii jednej sprawy.» [16] Potwierdzeniem fakt, iż przez podobną przypadłość przeszła Austria w postaci groźnego dla demokracji wzrostu wpływów partii populistycznego nacjonalisty Jörga Haidera. Przechodzi ponownie Italia pod rządami Silvio Berlusconiego – co skutkuje przemieszczenie się tego państwa z kategorii pełnych demokracji do wadliwych. [17] Podobna przypadłość zdarzyła się za autorytarno-populistycznych rządów Vladimira Mecziara w Słowacji. Na Węgrzech, gdzie nie sposób otwarcie odwoływać się do kolaborujących z hitleryzmem rządów admirała Miklósa Horthy’ego, tożsame w istocie skłonności nawracają w postaci tęsknot za stylem rządzenia Jánosa Kádára. [18] «IV RP» wpisuje się zatem w powszechniejsze, podobne tendencje. Różnica tylko i aż w tym, że regres demokratyzmu odnotowywany przez niezależne ośrodki zagraniczne, był u nas głębszy, powodując spadek z najlepszej pozycji wśród młodych demokracji na jedną z gorszych.

Nie na tyle jednak głęboki, by spowodować totalne odchodzenie od reguł demokracji i zaprowadzenie w „IV RP” autorytarnego reżimu. W Polsce współczesnej brak jest bowiem na szczęście warunków wewnętrznych i zewnętrznych do przywracania autorytarnych rządów: głębokiego kryzysu gospodarczego i społecznego i dramatycznych napięć powodowanych przez przegrane wojny czy rewolucję. Wręcz przeciwnie – polskiej współczesności właściwe jest upowszechniające się coraz bardziej zadowolenie z integracji z Europą i światem oraz skutków demokratyczno-rynkowej transformacji. Znamienne, że ten stan samopoczucia społecznego zaczął narastać po wyborach 2005 roku – gdy zaczęły się ujawniać kumulujące się skutki tych procesów. PiS odziedziczył wraz z koalicjantami rozpędzoną gospodarkę i integrujące się z Europą i światem ekonomicznie, turystycznie, zarobkowo i mentalnie społeczeństwo. Skutki tych pozytywnych procesów okazały się sprzeczne z autorytarnymi, ksenofobicznymi zachowaniami władców «IV RP». «Szybki wzrost gospodarczy prowadził do spadku bezrobocia i wzrostu zadowolenia z własnej sytuacji materialnej. Wyciszył lęki o przyszłość. Zadowolenie z własnych warunków życia sprzyja postawom prodemokratycznym. Coraz więcej ludzi daje sobie radę i silny rząd przestaje być potrzebny.» [19] Stąd upowszechniająca się i nasilająca w dwuleciu 2005-2007 rozbieżność stylu i metod rządzenia właściwych dla warunków kryzysowych – z realną sytuacją Polski początków XXI wieku i atmosferą społeczną typową dla czasu pokoju, postępu cywilizacyjnego, otwierania się na Europę i świat.

Dysonans ten znakomicie zdefiniował Marek Kondrat, konstatując «sztuczność tych ostatnich dwóch lat, ich groteskową nieprawdę. To było ubranie kogoś kompletnie nagiego w przezroczyste szaty koronacyjne. Jego władza okazała się tylko dowodem na to, że są ludzie, którym bardzo łatwo jest wskazać winnego ich złego losu. To są ludzie niedowartościowani, poszkodowani w jakiś sposób przez los, a sprytna władza te ich dramaty i przygnębienie koniunkturalnie wykorzystała. Polityka w sumie prostacka.» [20] Uświadamianie tego dysonansu – największe w środowiskach lepiej wykształconych, świadomych szans awansu cywilizacyjnego przez integrację z Europą i otwartość na kontakty ze światem – stało się głównym powodem mobilizacji wyborczej i odsunięcia PiS od władzy. Powody zagłosowania przeciwko władcom «IV RP» najzwięźlej wyraził taksówkarz konstatując: «za dużą nerwówę w kraju robili – potrzeba spokoju». Można zatem zakładać, że skuteczne wygaszanie poparcia dla autorytarnych programów i partii będzie tym większe, im bardziej skuteczna okaże się polityka wygaszająca zantagonizowania wewnętrzne i z sąsiadami, preferująca perswazję i kompromisowość, a przede wszystkim zwiększająca szanse wykorzystywania pomyślnej koniunktury dla wyzwalania od niedostatków i upowszechniania dostatku wszystkich Polaków.

To jednak, iż odwrót z drogi do pełnego wdrażania i oswajania stricte demokratycznych reguł w kierunku autokracji okazał się w dwuleciu 2005-2007 tak łatwy, winien być dostrzeżoną i docenioną przestrogą. Jest bowiem świadectwem płytkości zakorzenienia demokratycznej formacji w Polsce współczesnej – płynności struktur partyjnych, zmienności nastrojów i zachowań elektoratu, niedostatku oswojenia stricte demokratycznych reguł kultury politycznej. To sprawia, że wystarczyłaby wszak gorsza niż zdarzyła się w ostatnich latach koniunktura gospodarcza, większe bezrobocie i brak rozładowującego te napięcia zintegrowania z Unią Europejską, a rzecznicy autorytarnych rządów mogliby dłużej zapanować nad Polską i Polakami. Może zatem wprawdzie cieszyć przezwyciężenie tego zagrożenia odsunięciem jego rzeczników od władzy przez «pospolite ruszenie» młodszych - wykształconych – wielkomiejskich wyborców. Trzeba jednak mieć świadomość, że groźba recydywy nie zostanie przezwyciężona całkowicie dopóty, dopóki nie wyklaruje się racjonalna struktura polskiego systemu partyjnego i nie zostaną wyplenione sprzeczne z zasadami pełnych demokracji właściwości polskiej kultury politycznej.

Jaki jest spadek po «IV RP» i co z nim robić, by życie we wspólnym lokum jakim jest Polska stawało się dla wszystkich dostatecznie godne i wygodne, by nie trzeba było ponownie wprowadzać doń «kozy» ujawniającej, iż może być jeszcze gorzej. Jest to tym bardziej konieczne, że «koza» «IV RP» nie została całkowicie wyprowadzona – pozostał jej znaczący bastion w urzędzie prezydenckim i jest opozycyjna partia PiS, silna jak nigdy uprzednio 5-milionowym poparciem elektoratu. O ile to może się okazać poparciem trwałym i rosnącym, a o ile wygasający, zależeć będzie w istotnej mierze od skutecznego uporania się ze spadkiem po «IV RP».

Twierdzę, iż spadek po tzw. IV RP jest dwojakiego rodzaju. Składa się z :

1. wniosków z doświadczeń krótkotrwałego, lecz nasyconego intensywnymi zmianami w stylu i metodach rządzenia, epizodu tzw. IV RP,

2. bagażu zadań wynikających z zaniedbań i negatywnych skutków zmian wprowadzanych w dwuleciu 2005 - 2007 przez kreatorów «IV RP».

Wnioski z doświadczeń

Pierwszym i najważniejszym pożytkiem jest skompromitowanie autorytarnego modelu rządów i wzrost skłonności doceniania i wspierania demokracji. Jest to zarówno wynikiem upowszechniania się pozytywnych skutków integracji europejskiej i pomyślnej koniunktury gospodarczej, powodujących spadek poziomu lęków i związanego z tym zniechęcenia do demokracji w środowiskach uprzednio marginalizowanych i wykluczanych przez procesy transformacji, jak i związanego z tym wzrostu zapotrzebowania na spokojne rządy, sprzyjające łagodzeniu i wygaszaniu wewnętrznych skonfliktowań i ułatwianiu współpracy z sąsiedzkimi państwami. Zjawisko to znakomicie definiuje w udokumentowanym wynikami badań opinii publicznej eseju Lena Kolarska-Bobińska. «PiS doszedł do władzy na fali rosnącego zniechęcenia do demokracji i lęków żywionych przez grupy zmarginalizowane. Po dwóch latach rządów tej partii - pomimo, a nawet wbrew stosowanej przez nią retoryce poparcie dla rozwiązań autorytarnych spadło […] Wyborcy, którzy liczyli na polityczny ład i porządek pod rządami silnej ręki, otrzymali dwa lata niepewności, kłótni i wzajemnych oskarżeń polityków. Zaczęli się więc zastanawiać: czy można zapewnić lepsze funkcjonowanie państwa poprzez zwiększenie jego efektywności i skuteczności, a nie tylko przez centralizację i kontrolę?» [21] Stąd wzięło się zniesmaczenie «nerwówą» cechującą rządy egzotycznej koalicji PiS-u z Samoobroną i LPR-em i upowszechniająca się skłonność do odsunięcia od władzy PiS-u przez zwiększoną frekwencję i głosowanie na PO. Nie dla jej nieoczywistych przecież dla wyborców walorów, lecz jako na partię o największych szansach na taką zmianę. Okazało się, że Polacy musieli posmakować «żaby» autorytaryzmu, by ponownie powszechniej opowiedzieć się za demokracją. Doświadczenie to rokuje, iż ta dawka «szczepionki» antyautorytarnej może się okazać trwalej skuteczna i skutkująca powszechniejszym angażowaniem się obywateli w demokratyczne struktury i procedury.

Drugim istotnym pożytkiem z czasów «IV RP» być może skompromitowanie posługiwania się lustracją w sposób sprzeczny z pierwotnym jej zadaniem, jakim było zapobieganie szantażowania piastunów władzy państwowej wiedzą o ich tajnej współpracy ze służbami bezpieczeństwa i wywiadu PRL-u. Taki był cel i sens zarówno obowiązku autolustracji – ujawnianie informacji o takowej współpracy w oświadczeniach kandydujących na funkcje państwowe, jak i pozbawiania prawa do pełnienia takich funkcji tych, którym wyrokiem sądowym udowodniono kłamstwo lustracyjne. W «IV RP» lustracja - zarówno «dzika» za pomocą upowszechnianych przez media przecieków z IPN, jak i zalegalizowana przez znowelizowaną ustawę – stawała się narzędziem szantażu. «W zamyśle niektórych rewolucjonistów miała doprowadzić do wymiany elit nie tylko politycznych, ale przede wszystkim intelektualnych, wpływających na opinię publiczną. Nie przypadkiem ustawa lustracyjna została opracowana w Sejmie przez posłów PiS i PO, którzy ledwie ukończyli 30 lat. Można było odnieść wrażenie, że młodzi politycy chcą za pomocą lustracji skompromitować całe starsze pokolenie i stworzyć przestrzeń dla własnej kariery. Lustracja była formą polityki historycznej. Cień podejrzenia został rzucony na całe pokolenie opozycjonistów, które po 1989 r. przeprowadziło transformację ustrojową. Nieokrzepła demokracja, która wyłoniła się w toku przemian, była określana jako «postkomunizm» - rezultat zgniłego kompromisu (»zdrady«) zawartego przy Okrągłym Stole. Ludzie, którzy nie mieli żadnych zasług w walce z totalitarnym ustrojem, zaczęli oskarżać dawnych działaczy demokratycznej opozycji, którzy zaliczyli wieloletnie wyroki więzienia.» [22] Była to w istocie łagodniejsza – bo kontrefolucyjna – próba wymiany elit za pomocą «czystek», znana w różnej postaci z czasów każdej z form restauracji autorytarnego ustroju. Skompromitowanie tej próby i jej zdezauwowanie orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego rokuje trwalsze przezwyciężenie skłonności do podobnego posłużenia się lustracją do celów sprzecznych z jej pierwotnymi, racjonalnymi celami.

Trzecim wnioskiem z doświadczeń «IV RP» być może i winno zweryfikowanie jakości zabezpieczeń polskiej demokracji przed próbami recydywy autorytaryzmu. Twierdzę, iż w świetle doświadczeń «IV RP» można stwierdzić, że umocowane w Konstytucji Trzeciej Rzeczypospolitej podstawowe zasady i zobligowane do ich egzekwowania instytucje okazały się skutecznym zabezpieczeniem przed głębszymi i trwalszymi dewiacjami. Dowodem skuteczne zablokowanie przez Trybunał Konstytucyjny prób ustawowego ograniczania niezawisłości sądów, zagrożenia praw obywatelskich przez nieuzasadnione rozszerzanie lustracji, zmian post factum zasad przyznawania matury przez tzw. abolicję maturalną. Zarówno wewnętrzny układ sił politycznych, jak i dostatecznie silne zakotwiczenie w Unii Europejskiej przesądziły, że zmiany wprowadzane przez PiS w minionym dwuleciu musiały się mieścić w ramach demokratycznego porządku zakreślonego Konstytucją Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej – włącznie z określonym artykułem 235 trybem ewentualnego jej zmieniania. To sprawia, że ta wersję «rewolucyjnych» [wedle deklaracji promotorów «IV RP»] przeobrażeń ustrojowych okazała się – parafrazując tytuł powieści Haška [23] – zmianą umiarkowaną w granicach prawa. Jej efektem był system autorytarny ubrany w formalne szaty demokratycznych instytucji – zmierzał w kierunku określanym w literaturze przedmiotu mianem systemów hybrydowych [24] bądź demokracji fasadowych [25] , kojarzących demokratyczną fasadę instytucjonalną z autorytarnym stylem i metodami rządzenia. Przezwyciężanie ostałości i skutków tych deformacji – a i zapobieganie ich powtórkom w przyszłości – skłaniać winno prawodawców do zwiększania mocy ustawowych bezpieczników, zapobiegających obchodzeniu prawa przez rządzących i dostosowywania go do doraźnych potrzeb rządzących. Takich np. jak obowiązywanie zmian ordynacji wyborczej nie od zaraz, lecz od następnej kadencji, czy obowiązek reprezentacji wszystkich klubów parlamentarnych w KRRiT. Dostrzeżenie konieczności tych zmian stało się możliwe dzięki temu, że «praktyka PiS pokazała, gdzie tkwią najsłabsze punkty obecnego ustroju politycznego pozwalające tymczasowej większości sejmowej na »podminowanie« procedur i mechanizmów demokratycznych.» [26] Uzmysłowiła zatem bezwzględną konieczność zmian zabezpieczających przed recydywą autorytaryzmu. Zgadzając się w tej materii z Jackiem Rockim, godzi się zastrzec, iż jest to niezbędne nie tylko gwoli zabezpieczenia przed tym, by PiS, gdyby «ponownie doszedł do władzy, nie mógł zagrozić demokracji», ale i po to, by polska demokracja przezwyciężyła niedostatki, które sprawiają, że jest w światowych rankingach zaliczana do kategorii wadliwych.

Kolejnym pozytywnym skutkiem jest skompromitowanie totalizmu ideologicznego i polityki historycznej eksponującej bezrefleksyjny, stronniczy obraz przeszłości. Służący nie zrozumieniu złożoności polskiej przeszłości i porozumieniu z sąsiednimi nacjami, lecz potęgowaniu skonfliktowania wewnętrznego i zewnętrznych wrogości przez bezkrytyczną idealizację jednych nurtów i totalną deprecjację innych. Nacelowany nie na jednoczenie wszystkich Polaków, lecz na wykluczanie istotnej części z prawa do szacunku dla ich życiorysów w narodowej pamięci – nie tylko związanych z uprzednią formacją, ale i bezspornie zasłużonych w walce o demokratyczną transformację. Ten sposób interpretowania historii ma, wbrew deklaracjom, charakter nie narodotwórczy, lecz «narodoburczy» – rozbijający wynikającą z doświadczeń wspólnej historii patriotyczną wspólnotę narodową. I jest sprzeczny z potrzebami zacieśniania partnerskich więzi z narodami Unii Europejskiej. Dramaturgia ostatnich wyborów wynikała w istotnej mierze z faktu, iż – jak trafnie zwraca uwagę Kazimierz Orłoś – zderzyły się ze sobą «dwie przeciwstawne wizje państwa polskiego: Polski jagiellońskiej, otwartej tolerancyjnej – Polski wielu narodów i religii – oraz Polski saskiej, zamkniętej i zaściankowej – kraju jednego narodu i jednej religii [...] Można by powiedzieć, że dwa lata rządów PiS-u przybliżyły nas do Polski saskiej. Nieufność do obcych, nietolerancja, akcenty antysemickie – to wszystko stało się bardzo widoczne.» Nadzieję na przezwyciężenie tej wstecznej tendencji upatrywać można w tym, iż «Platforma Obywatelska reprezentuje idę Polski jagiellońskiej – tolerancyjnej i liberalnej, otwartej na Europę i świat.» [27]

Ostatnim, równie ważnym jak uprzednie skutkiem dwulecia «IV RP» jest skompromitowanie agresywnego, konfliktogennego stylu dyskursu politycznego i metod rządzenia skłócających społeczeństwo i angażujących aparat państwowy w rywalizację międzypartyjną. Wiele przemawia za tym, iż główną przyczyną sukcesu wyborczego PO było dość szybkie zorientowanie się, iż elektorat można pozyskać demonstrując spokój a nie napastliwość wobec rywali. I że wysokie wskaźniki zaufania dla premiera Tuska, jego rządu i partii w pierwszych miesiącach po wyborach oferowane są za wygaszanie «nerwówy» i akcentowanie potrzeby spokoju i zaufania w społeczeństwie, a zatem i w polityce. Z tego, że lud polski preferuje współcześnie spokój a nie polityczne igrzyska można prognozować, że sejmowe komisje śledcze będą wzbudzały mniejsze zainteresowanie i emocje niż Rywinowska i zostaną zaakceptowane przez społeczeństwo tym bardziej, im rzetelniej, sine ira et studio uda się je poprowadzić. Przejawem trafnego wyciągania wniosków z tej lekcji jest fakt, iż zarówno Tusk, jak i ministrowie Sikorski i Klich, a i prezydent Warszawy Gronkiewicz-Waltz, nie dali się sprowokować nachalnymi atakami urzędników Kancelarii Prezydenta, wymuszając konsekwentnie kompromisowe rozstrzyganie spornych problemów w ciszy gabinetów, a nie w drodze medialnych pyskówek podważających godność najwyższych urzędów i urzędników państwowych. Świadczy to o zrozumieniu, iż przezwyciężenie patologii właściwych «IV RP» wymaga by zmienić nie tylko i głównie to, kto rządzi, lecz o to jak rządzi. I że sednem tej zmiany jest jednoczenie wszystkich Polaków wokół wspólnych celów, a nie zwolenników partii rządzącej przeciwko wspólnym wrogom.

Tyle głównych potencjalnych pożytków, jakie można i trzeba zyskać uwzględniając wnioski, które płyną z krótkiej, lecz dramatycznie burzliwej i dotkliwej historii «IV RP». Może ich być zapewne więcej. Trzeba zdefiniować te deformacje nie gwoli bezpożytecznego i nieprzystojnego pastwienia się nad pokonanymi rywalami, lecz gwoli nauki i przestrogi. To był wszak epizod historii nie tylko PiS-u i tych, którzy na tę partię glosowali, ale wszystkich mieszkańców tego państwa – zarówno głosujących za lub przeciw «IV RP», jak i absentujących. I wszyscy musimy tworzyć dalszy bieg historii przejmując spadek po «IV RP» z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie zapominając zatem o drugiej, równie istotnej części tego spadku, jakim jest bagaż zadań wynikających z zaniedbań i negatywnych skutków zmian wprowadzanych w dwuleciu 2005 - 2007 przez kreatorów «IV RP».

Jaki spadek zostawiła?

Główną częścią tego bagażu są nierozwiązane przez PiS w czasie ich rządów dylematy społeczno-gospodarcze. Rządy PiS–u okazały się, wbrew pozorom, bynajmniej nie sprawne i silne, ale nieudolne i słabe w tym co najistotniejsze: rozwiązywaniu problemów ekonomicznych i socjalnych. Jest swoistym paradoksem, iż PiS nie potrafił sobie poradzić nie z kryzysem, lecz z konsekwencjami wysoce pomyślnej koniunktury gospodarczej i wspomagania programów rządowych przez znaczące unijne dotacje. Nie potrafił wykreować odważnych i rozważnych programów i działań wykorzystujących te szanse dla dalekowzrocznych, głębokich reform rokujących rozwiązanie właściwych dla czasów wzrostu gospodarczego dwojakiego rodzaju dylematów:

- między zaspokajaniem aspiracji do poprawy bieżącej konsumpcji a inwestowaniem w dalszy rozwój i postęp cywilizacyjny,

- między roszczeniami różnych grup społecznych do zwiększania swego udziału w konsumpcji skutków wzrostu gospodarczego.

Wspólnym mianownikiem tych dylematów jest właściwy okresom wzrostu gospodarczego stan umysłów definiowany jako kłótliwe zadowolenie. Zadowolenie z tego, że przysłowiowy bochenek Produktu Narodowego Brutto rośnie – kłótliwe, bo powodujące kontrowersje na co i ile komu przeznaczyć z tego przyrostu. Rozwiązanie tych dylematów nie okazuje się zatem bynajmniej proste i łatwe. Inwestowanie w przyszłość wymaga skłonności i zdolności do koncentrowania się na tego typu zadaniach – PiS zaś i jego koalicjanci zwykli zajmować się głównie przeszłością i teraźniejszością, i raczej w wymiarze sporów ideologicznych i politycznych a nie problemów cywilizacyjnych. Równie bezradni i bezczynni okazali się w sferze zrównoważenia wzrostu konsumpcji, pozostawiając również i ten problem do rozstrzygnięcia swoim następcom. To sprawia, że już jesteśmy i – jak zasadnie prognozuje Witold Orłowski - «będziemy świadkami coraz ostrzejszej walki o podział chleba. To prawda, bochenek będzie z roku na rok większy, ale tylko naiwni optymiści uważają, że w warunkach wzrostu gospodarczego podział jest łatwiejszy. Wręcz odwrotnie, to właśnie przy rosnącym bochenku w ludziach budzi się prawdziwa natura drapieżnika. Bochenek zwiększył wagę o 5 proc.? To my chcemy, żeby nasz kawałek wzrósł o 30 proc. - żądają górnicy. A my chcemy 50 proc. - mówią kolejarze i tylko czekają, aby nam wszystkim zrobić dobrą zabawę i zatrzymać przed świętami pociągi. A my chcemy 100 proc. - powiedzą lekarze. A my jeszcze więcej - zażądają pracownicy fabryk Fiata. Do tego chóru przyłączą się praktycznie wszyscy i nic dziwnego, bo już wkrótce stanie się jasne, że kto nie krzyczy i nie strajkuje, ten zostaje wypchnięty z kolejki do rosnącego bochenka chleba przez bardziej aktywnych. Szykujmy się więc na to, że żądania, protesty, strajki i związkowe demonstracje przed Sejmem staną się już wkrótce codziennością. Żądania, których w żaden realny sposób nie da się wszystkich naraz zaspokoić, bo zamiast jednego bochenka trzeba by co najmniej trzech.» [28]

PiS i jego koalicjanci nie zdołali zdefiniować i zaprogramować racjonalnego rozstrzygnięcia żadnego z tych dylematów. Mimo oczywistej konieczność wykorzystania pomyślnej koniunktury dla uporządkowania systemu finansowego państwa i wzrostu inwestowania w przyszłość w takich dziedzinach, jak oświata, system emerytalny, służba zdrowia – klasyfikowana jako jedna z najgorszych w UE [gorsze ma tylko Bułgaria i Łotwa]. [29] I mimo oczywistej konieczności poprawy bytu obywateli i rodzin pokrzywdzonych przez transformację i żyjących w nędzy oraz wyrównywania szans korzystania ze wzrostu gospodarczego «budżetówki» – ubożejącej względnie i bezwzględnie w porównaniu z pracującymi w sektorach sprywatyzowanych, w których o poziomie wzrostu dochodów przesądza rynek. Okazało się, że jedyne co tym grupom ma PiS do zaproponowania, to nie realna poprawa ich materialnych warunków, lecz tylko iluzoryczna poprawa samopoczucia przez demagogiczne deprecjonowanie tych, którym się powiodło. Wiele przemawia za tym, że sprokurowany przez liderów PiS kryzys rządowy, którego pretekstem była nieudolna i nieudana prowokacja łapówkarska wymierzona w wicepremiera Leppera, był powodowany w istotnej mierze koniecznością ucieczki od rozstrzygnięcia głównej sprzeczności właściwej czasom wzrostu gospodarczego: między narastającą falą roszczeń płacowych a koniecznością inwestowania w rozwój rokujący dalszy wzrost społeczno–gospodarczy. Kwintesencją tego dylematu i zapowiedzią szerszej fali roszczeniowej stały się strajki lekarzy i pielęgniarek. Liderzy PiS–u okazali się niezdolni do rozwiązania tego dylematu - ani za pomocą perspektywicznych, przekonujących programów, ani przez partnerskie pertraktacje, ani przez ustępstwa płacowe. Uciekli zatem od tego rzeczywistego polskiego problemu w przedterminowe wybory. I narzucili kampanii wyborczej ton nie poważnej rywalizacji programowej, jednoczenia wszystkich zdolnych i chętnych w zbiorowym namyśle niezbędnym do wykreowania i realizowania strategicznego programu postępu cywilizacyjnego Polski. Lecz zastępowania namysłu krzykliwym obwieszczaniem jedyniesłusznych bezsporności i oczywistych oczywistości i hałaśliwą, brzydką i zbrzydzającą politykę, bezwzględną walką na przeplucie. Świadczy to w istocie nie o sile, lecz słabości tej opcji. Wedle przysłowia bowiem krzyczy ten, kto wie, że nie ma racji. Witold Gadomski zasadnie wypomina, iż «w latach rewolucji z debaty publicznej znikły tematy, które wcześniej uważano za istotne. Media przestały się interesować reformą finansów publicznych i prywatyzacją (z wyjątkiem jej wątków korupcyjnych); dyskusja nad obecnością Polski w Unii ograniczała się do unijnych funduszy i »walki« naszego rządu o «godne miejsce w Europie»; przestano mówić o modernizacji; zamiast dyskusji o tym, jak poprawić poziom edukacji, trwała debata o dyscyplinowaniu młodzieży. Słowo »reformy« - tak powszechne w latach 90. - niemal zupełnie znikło z mediów. Teraz, gdy fala »moralnego wzmożenia« opada, czas powrócić do tych tematów.» [30] Przejmująca ten spadek koalicja PO-PSL od rozstrzygnięcia tych dylematów społeczno-gospodarczych nie będzie mogła uciec. Musi zaproponować i realizować program wykorzystania aktualnie pomyślnej koniunktury gospodarczej tym pilniej i konsekwentniej, im bardziej prawdopodobny jest spadek wysokich temp wzrostu gospodarczego w euroamerykańskim współzależnym systemie ekonomicznym. Z tego co wiadomo o procesach globalnych wynika, że gospodarki dalekowschodnie «odsprzęgliły» się już od bezwzględnej zależności od ekonomik naszego kręgu i stawać się będą w coraz większej mierze wykorzystującym swe przewagi rywalem.

Współzależnym z powyższym, negatywnym spadkiem po przeszłości jest cechujący Polaków niski poziom zaufania społecznego. Z badań krajowych i międzynarodowych wynika, że skłonność i zdolność do zaufania innym niż tylko własnej rodzinie ludziom i instytucjom jest głównym aspektem kapitału społecznego - najistotniejszego współcześnie czynnika poczucia dobrobytu i dobrostanu społeczeństw, determinującego postęp cywilizacyjny i wzrost gospodarczy. Poziom kapitału społecznego ocenia się na podstawie zaufania interpersonalnego, dobrowolnej przynależności do organizacji i pełnienie w nich funkcji, udziału w nieprzymusowych zebraniach publicznych i zabieranie na nich głosu, organizowania takich zebrań, dobrowolnego działania na rzecz społeczności lokalnej, udziału w wyborach samorządowych oraz pozytywnego stosunku do demokracji. Główną przestrzenią, w której i poprzez którą głównie tworzony jest kapitał społeczny, jest trzeci sektor (dobrowolne organizacje pozarządowe i pozarodzinne – stowarzyszenia i fundacje) – tworzące sieć formalnych związków. Sieć nieformalnych związków (rodzinnych, towarzyskich) także może tworzyć kapitał społeczny, ale efektywność kapitału społecznego bywa mniejsza w przypadku związków nieformalnych, jako że w tym przypadku większe jest ryzyko maksymalizowania korzyści partykularnych (rodzinnych, koteryjnych) kosztem dobra wspólnego. Wedle reprezentatywnych badań wskaźników kapitału społecznego zdefiniowanych w kolejnej edycji «Diagnozy społecznej», Polska zajęła w 2007 roku 36. miejsce. Jest to wprawdzie pozycja o 8 miejsc lepsza niż w 1998 r. , jednak nadal wciąż jedna z najniższych wśród krajów Unii Europejskiej. W Polsce z opinią, że «większości ludzi można ufać», zgadzało się według tych badań zaledwie 10,5 proc. respondentów w 2003 i 2005 r. i 11,5 proc. w 2007 r. – sześciokrotnie mniej niż w Danii i Norwegii, które w ostatnim rankingu zajęły wśród 177 państw pierwsze miejsca z poziomem 75 proc. Jeśli chodzi o drugi warunek - skłonność do stowarzyszania się - przynależność do organizacji - lokujemy się podobnie jak pod względem zaufania, na ostatnim miejscu wśród krajów objętych badaniem European Social Survey. Zdecydowana większość Polaków (77%) nie działa w żadnej organizacji i z porównania z innymi państwami demokratycznymi wynika, że lokujemy się pod tym względem na ostatnim miejscu wśród krajów Wspólnoty Europejskiej. [31] Te negatywne z punktu widzenia poczucia dobrostanu i zdolności tworzenia dobrobytu cechy polskiego społeczeństwa nie są bynajmniej wynikiem krótkotrwałych rządów PiS-u i jego koalicjantów. Są w głównej mierze spadkiem po przedrozbiorowej i porozbiorowej przeszłości oraz autorytarnych rządach w czasach PRL – drastycznie ograniczających swobodę samoorganizacji i podsycających podziały i skonfliktowania, nadając im programowy charakter walki klasowej i ideologicznej.

Z analizowanego tu punktu wiedzenia ewidentnym jest, że ten stan umysłów i zachowań Polaków wpływa istotnie na niestabilność orientacji i zachowań wyborczych. Dowodem fluktuacja sympatii i antypatii elektoratu powodująca, że żadna z rządzących po transformacji ekip nie zyskała dostatecznego do kontynuacji rządów poparcia po kolejnych wyborach - niemal każda obarczana była wysokim poziomem zaufania na starcie i równie szybką jego utratą. Stąd nakaz przyjmowania z należnym dystansem deklaracji 59-procentowego poparcia dla PO w dwa miesiące po wyborach - najwyższego w historii nie tylko tej partii, ale jakiejkolwiek w minionym 18-leciu. Z obawą, iż poparcie to może spadać drastycznie podobnie jak wszystkich uprzednich partii i koalicji rządzących od 1989 r. Lecz i z nadzieją, że poparcie to może się utrzymać, rokując dłuższe niż jednokadencyjne rządy tej partii – kontynuację konieczną dla pełniejszego wdrożenia programów państwowych. Nadzieja ta bazuje m.in. na zademonstrowanym w eksposé Donalda Tuska powtarzaniu jak mantra zamiaru oparcia nie tylko polityki, ale całokształtu życia publicznego i społecznego na wzajemnym zaufaniu. Trzeba to przyjmować jako dowód świadomości deficytu tego najistotniejszego czynnika polskiego kapitału społecznego i deklarację zamiaru wzbogacania tej istotnej podstawy stosunków politycznych i relacji społecznych. Czyli zapowiedź podejścia jakościowo odmiennego od PiS-owskiego, wykorzystującego deficyt zaufania jako patologiczny kapitał polityczny, którego chorobliwe podsycanie i potęgowanie było głównym narzędziem panowania nad skłócanym narodem.

Patrząc z tej perspektywy na najnowsze polskie doświadczenia, dostrzegamy zarówno przykłady poczynań elit politycznych sprzyjających wzrostowi zaufania społecznego, jak i mniej lub bardziej drastycznych wypaczeń w tej materii. Do pozytywnych przykładów zaliczyć można zapoczątkowaną porozumieniami przy Okrągłym Stole refolucyjną transformację ustrojową – dokonaną bez rozlewu krwi i w zgodnym współdziałaniu reformatorskich skrzydeł dwu wrogich uprzednio obozów. To najwyrazistsze przykłady narodotwórczego działania ówczesnych polskich elit politycznych – jednoczenia Polaków ponad wynikającymi z przeszłości podziałami. I stosunek do tych pozytywów może i winien być podstawowym kryterium politycznych programów i opcji. Do negatywów – przejawy zdominowania polskiej sceny politycznej w czasach «IV RP» przez polityków nastawionych nie na jednoczenie wszystkich chętnych i zdolnych do współdziałania w realizacji narodowych zadań, lecz na fundowanie swych władczych pozycji na zaostrzaniu i kreowaniu podziałów i konfliktów wewnętrznych i z sąsiednimi nacjami. Ten typ zdobywania i sprawowania władzy zwykło się określać, iż rządzący zajmują się głównie rozwiązywaniem stwarzanych przez siebie konfliktów i panowaniem nad wywoływanym takimi rządami chaosem. PiS – werbalnie zaciekle antykomunistyczny, w rzeczywistości okazał się wnikliwym uczniem nie tylko ideologa niemieckiego nacjonalizmu Carla Schmidta, lecz i komunistycznych teoretyków i praktyków, czego dowodem zarówno negatywnych stosunek do samoorganizacji społecznych, jak i podsycanie walki z «układem», oligarchami, liberalnymi permisiwistami oraz z sąsiednimi nacjami. Była to typowa dla autorytaryzmów wszelkiej maści patologizacja funkcji polityki i polityków, powodująca potęgowanie nieufności miast pożądanego wzrostu wzajemnego zaufania i zdolności do samoorganizacji i samozaradności Polaków. PiS, podobnie jak wszelkie inne autorytarne formacje polityczne, wykorzystał ułomności ludzkiej natury – nieufności, wzajemnych wrogości, ksenofobii – i przez podsycający je sposób rządzenia te negatywne cechy potęgował.

Jest swoistym chichotem historii, że obowiązek posprzątania po «nerwówie», właściwej wedle cytowanego wyżej taksówkarza czasom «IV RP», czyli po «rządzeniu przez robienie bałaganu» wedle równie trafnej konstatacji Radziwiłowicza, przypadło Platformie Obywatelskiej. Partii wszak współwinnej zainicjowania, a i w istotnej mierze dokonywania tych przemian. Wszak to Paweł Śpiewak – poseł PO w ubiegłej kadencji był pomysłodawcą idei i nazwy IV Rzeczypospolitej. I parlamentarzyści opozycyjnej Platformy Obywatelskiej wspierali niewydarzone – jak się później okazało – ustawy: nowelizację ustawy lustracyjnej, konstytuującej CBA, likwidacji WSI. Późniejsze zacieranie śladów po ówczesnych przewinach można uznać za usprawiedliwione wymogami kampanii wyborczej. Rzetelne przyznanie się po zdobyciu władzy do współsprawstwa tych ustaw sprzecznych z zasadami demokracji i regułami obowiązującej Konstytucji uwiarygodniałoby domniemanie, że PO jest rzeczywiście skłonne i zdolne do skutecznego przezwyciężenia tych i innych dewiacji i zaniedbań – że bezzasadne mogą być obawy, iż okazać się może jedynie łagodniejszym wydaniem PiS-Bis.

Co czynić by demokracji w Polsce nie ubywało lecz przybywało?

Odpowiadając na to pytanie z pozycji naukowca, specjalizującego się w wiedzy o prawidłowościach i nieprawidłowościach procesów politycznych – a zarazem obywatela czującego się współodpowiedzialnym za losy polskiej wspólnoty narodowej, sądzę, że trzeba:

· Informować rzetelnie o stanie, zagrożeniach i szansach demokracji w Rzeczypospolitej.

· Łagodzić emocje i wygaszać skonfliktowania między Rodakami przez przypominanie, że polityka nie jest w czas pokoju i pomyślnej koniunktury najważniejszą sferą społecznego i publicznego bytu. Jest istotna tylko o tyle, o ile pomaga a nie przeszkadza w niepowtarzalnej przygodzie, jaką jest ludzkie życie.

· Przypominać, że nadrzędnym zadaniem społecznym polityków, organizacji i instytucji politycznych jest uzgadnianie zachowań współzależnych społeczności o sprzecznych interesach poprzez łagodzenie i przezwyciężanie sprzeczności. I wypominać, że potęgowanie i kreowanie wewnętrznych i międzynarodowych skonfliktowań jest objawem dewiacji – wynaturzania roli polityków, partii i państw, służebnego wyłącznie fundującym to dewiantom, a nie zwiększaniu szans przeżycia i osiągania satysfakcji z życia podległych ich rządom społeczeństw.

· Nakłaniać do czynnej partycypacji w demokratycznych procedurach, strukturach i inicjatywach, korzystania z wszelkich dozwolonych przez prawo i demokratyczne standardy aktach kandydowania i wybierania piastunów władzy publicznej, udzielania poparcia i wyrażania sprzeciwu wobec poczynań rządzących, włącznie – gdy konieczne - z obywatelskim nieposłuszeństwem, nasycających demokratyczne formy instytucjonalno-prawne żywą treścią obywatelską.

Demokracja bowiem, wedle celnej konstatacji Georga Bernarda Shawa, to system zapewniający, że obywatele są rządzeni nie lepiej, niż na to zasługują. Takie zatem są i być mogą przyszłe polskie Rzeczpospolite, jakie ich obywateli zachowanie.


[1] Zainteresowani pełnymi tekstami materiałów z tych konferencji znajdą je w publikacjach: D. Waniek [red.]: Krajobraz polityczny po wyborach 2007, Warszawa 2009; J. Kornaś [red.]: Idea ustrojowa a rzeczywistość IV Rzeczypospolitej, Kraków 2010

[2] Bohater po mnie spływa. Z Jerzym Radziwiłowiczem rozmawia Teresa Torańska, „Duży Format” z 19.11.2007

[3] J. Reykowski: PiS zmienia Polskę, „Gazeta Wyborcza” z 17.10.2007

[4] A. Walicki: Co pogrzebano wraz z IV RP, „Gazeta Świąteczna” z 26-27.01.2008

[5] J. Kurczewski: Tezy o naprawie Rzeczypospolitej, „Tygodnik Powszechny” z 23.09.2007

[6] Out of tragedy, normality, “The Economist” April 15 2010

[7] A. Garlicki: Piękne lata trzydzieste, Warszawa 2008.

[8] T. Nałęcz: Smutny finał rewolucji moralnej, „Gazeta Świąteczna” z 31.05 – 1.06.2008.

[9] Tamże.

[10] Freedom House: Nations in Transit 2007. Democratization from Central Europe to Euroasia. Is the Democratic Consensus Eroding? Poland, http://www.freedomhouse.hu/images/fdh_galeries..., s. 308-309

[11] Por. The Economist Intelligence Unit’s of Democracy; http://www.economist.com/media

[12] Por. J. Kuciński [red.]: Szanse i zagrożenia procesu konsolidacji systemu politycznego III Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 2005

[13] Por. D. Waniek [red.]: Partie polityczne po wyborach 2005.Warszawa 2006

[14] Szerzej patrz: M. Gulczyński: Panorama systemów politycznych świata, Warszawa 2004, s. 64 i nn; tegoż: Nauka o polityce, Warszawa 2007, ss. 194–200

[15] A. Walicki: Co pogrzebano…

[16] Y. Mény, Y. Surel: Zasadnicza dwuznaczność populizmu [w:] Y. Mény, Y. Surel [red.]: Demokracja w obliczu populizmu, Warszawa 2007, s. 28

[17] Por. The Economist Inteliigence Unit’s…

[18] Por. P. Tölgyessy: Kadaryzm ma się dobrze, Gazeta Wyborcza” z 22.09.2007

[19] L. Kolarska-Bobińska: Kaczyński zrobił z nas demokratów, „Gazeta Wyborcza” z 13.12.2007.

[20] Marka Kondrata życie po życiu. Rozmawia Piotr Najsztub, „Przekrój” Nr 48/2007.

[21] L. Kolarska-Bobińska: Kaczyński zrobił z nas demokratów…

[22] W. Gadomski: Koniec rewolucji moralnej, „Gazeta Świąteczna” z 22-23.12.2007

[23] Por. J. Hašek: Historia partii umiarkowanego postępu w Granicach Prawa, Warszawa 2001

[24] Por. The Economist Inteliigence Unit’s…

[25] Por. Ch. Walker, R. Orttung: Democracy’s Facade, http://www.org/printer_friendly.cmf?page=72&release=57

[26] J. Rocki: Upadek wielkiego stratega, „Gazeta Wyborcza” z 25.10.2007

[27] Żubr głosował na Platformę. Rozmowa z z pisarzem Kazimierzem Orłosiem, „Gazeta Świąteczna” z 1-2.12.2007

[28] W.M. Orłowski: Igrzyska w toku, „Gazeta Wyborcza” z 28.12.2007

[29] Ranking Euro Health Consumer Index, PAP 2007.10.01, wiadomości.wp.pl/kat=1356&wid=9256596

[30] W. Gadomski: Koniec rewolucji moralnej…

[31] Por. J. Czapiński: Kapitał społeczny, [w:] J. Czapiński, T. Panek [red.]: Diagnoza społeczna 2007. Warunki i jakość życia Polaków, Warszawa 2006, ss. 263 – 270

środa, 5 maja 2010

Alternatywne orientacje w politologii

Mariusz Gulczyński

ALTERNATYWNE ORIENTACJE W POLITOLOGI

SPIS TREŚCI:

1. Kryteria i rodzaje zróżnicowań

2. Różnice w postrzeganiu podmiotów polityki

3. Różnice w postrzeganiu roli państwa

4. Różnice w interpretowaniu sprzeczności

5. Alternatywne sposoby definiowania polityki

6. Przyczyny różnic

Ideą przewodnią tego tekstu jest teza, że właściwe współczesności zastępowanie dominacji imperialnych i autokratycznych systemów politycznych, przez upowszechnianie demokracji równouprawniającej już nie tylko – jak w minionych tysiącleciach – uprzywilejowane mniejszości, lecz wszystkie stany, klasy, rasy, nacje, konfesje i cywilizacje, wymaga wsparcia przez krytyczne przewartościowanie powstałych w minionych epokach politologicznych teorii i konsekwentne zastępowanie ich przez zgodne z demokratycznymi regułami i zasadami życia społecznego.

Koniecznym warunkiem takiego postępu jest przezwyciężenie dominującego implicite paradygmatu obiektywizmu i jednolitości teorii politologicznych. Zastąpienie go przez paradygmat ujawniający explicite ograniczoność obiektywizmu w politologii i stronniczość orientacji różnych nurtów w tej dyscyplinie – nie tylko w przeszłości, ale i współcześnie.

Pomocne w tym być winno przypomnienie fundamentalnej tezy antropologicznej, iż „osobiste, społeczne, kulturowe i historyczne czynniki determinują punkt widzenia każdego człowieka na konkretne zjawiska.”[1] A zatem i naukowców, sprawiając, że obiektywizm w naukach społecznych jest wprawdzie dobrem pożądanym, lecz równie trudno osiągalnym, jak w fizyce przezwyciężanie prawa grawitacji. Zdolności i skłonności poznawcze naukowców determinowane są bowiem nie tylko przez dążenie do wykrywania i upowszechniania prawdy, lecz i przez osobiste związki z badanymi obiektami. Stąd łatwiej o obiektywizm w naukach matematycznych i przyrodniczych – nie bez powodu zwanych ścisłymi. Trudniej w humanistycznych. Rzetelność naukowa wymaga zatem przyznawania się do charakteru społecznych preferencji w tego typu dyscyplinach naukowych.

Wymóg ten jest szczególnie konieczny w politologii – dyscyplinie zajmującej się badaniem tej sfery ludzkiej aktywności, której zadaniem jest uzgadnianie zachowań współzależnych społeczności o sprzecznych interesach. „Studia nad polityką są z konieczności częścią polityki” – negujący to politolodzy „oszukują samych siebie (i innych) sądząc, że badanie polityki może być taką samą nauką jak nauki przyrodnicze.”[2] Wiedzę, że „polityka ogniskuje w sobie zasadnicze, kluczowe sprzeczności między głównymi podmiotami życia społecznego, antagonizmy i konflikty interesów o podłożu społeczno–ekonomicznym”[3] – i że wpływa to nieuchronnie na treść konstatacji politologicznych, trzeba wyraziście eksponować, gdyż to sedno aktywności politycznej gubi się częstokroć w gąszczu innych spraw, którymi zwykli się także zajmować politycy i instytucje polityczne. I dzieje się tak zazwyczaj dlatego, by ukryć stronniczość działalności określonych polityków, ich ugrupowań i kierowanych przezeń instytucji politycznych. Polityka bezstronna – korzystna po równo dla każdego i wszystkich – jest wprawdzie pięknym, lecz utopijnym ideałem. Politolodzy zatem winni zarówno ujawniać naturę tej stronniczości – jak i samookreślać charakter swego społecznego zaangażowania. A ponieważ nie zawsze ujawniają, trzeba – jak postuluje wybitny brytyjski politolog – „krytycznie się odnieść do standardowych akademickich definicji polityki.”[4]

Jest to szczególnie konieczne w warunkach głębokich przeobrażeń ustrojowych. „W okresach stabilnych nauki polityczne służą jedynie opisowi istniejących instytucji oraz obronie racji ich istnienia – uzasadnia tę potrzebę austriacko-amerykański uczony. – Nauki te pełnią wówczas funkcję służebną wobec dominujących sił politycznych. Rozkwit nauk o polityce, które stają się zarówno naukami o ludzkiej egzystencji w historii i w społeczeństwie, jak też nauką o ładzie w ogóle, jest charakterystyczny dla epok rewolucji i kryzysu. W dziejach Zachodu mieliśmy do czynienia z trzema takimi momentami kryzysowymi. Ustanowienie nauk politycznych przez Platona i Arystotelesa wiązało się z kryzysem helleńskim. Civitas Dei świętego Augustyna wyznaczało kryzys Rzymu i chrześcijaństwa, a Hegla filozofia prawa i historii pojawiła się w chwili wielkiego wstrząsu na Zachodzie. Są to wielkie epoki i wielkie odnowy. Dzielące je tysiąclecia są epokami mniejszej wagi i drugorzędnymi próbami odbudowywania nauki.”[5] Tak było w przeszłości, winno zatem być i we współczesnej epoce głębokich przemian związanych z właściwym erze globalizacji rozpadem reżimów autorytarnych i imperialnych i upowszechnianiem demokracji, równouprawniających wszystkie narody, klasy, rasy, konfesje cywilizacje i jednostki.

Wyrazistym dowodem celowości i pożyteczności takiego samookreślania jest pokrewna politologii ekonomia polityczna, w której przyjął się obyczaj przyznawania się rzetelnych naukowców do jednej z dwu wyraziście odmiennych szkół naukowych. Jednej, opowiadającej się za preferowaniem wolnorynkowych interpretacji i metod sterowania procesami gospodarczymi – zwanych też leseferystycznymi, liberalnymi i neoliberalnymi. I drugiej - grupującej rzeczników korygowania rynku środkami interwencjonizmu państwowego. O tym, jak ważna nie tylko teoriopoznawczo, ale i praktycznie jest dominacja jednej bądź drugiej orientacji, świadczy Wielki Kryzys w 1929 r., spowodowany przez zdawanie się na wolnorynkowe metody oraz jego przezwyciężenie metodami właściwymi dla interwencjonistycznej orientacji. A współcześniej drastyczne załamanie w 2008 roku globalnej gospodarki w następstwie dwudziestolecia recydywy doktryny neoliberalnej – określane mianem największej od 80 lat, drugiej globowej Wielkiej Depresji. I poszukiwanie skutecznych sposobów przezwyciężenia tej rangi kryzysowej sytuacji w teoretycznym zdefiniowaniu istotnych jej przyczyn i ukierunkowaniu interwencjonistycznych działań rządów i międzynarodowych instytucji, bez czego grozi, iż będą chaotycznym, bezskutecznym działaniem.

W odróżnieniu od ekonomii politycznej, a i innych nauk społecznych, w polskiej politologii niedostateczna jest współcześnie skłonność do podobnego jak w naukach ekonomicznych ujawniania swych preferencji, a zatem i do konsekwentnego przewartościowywania teorii zrodzonych w czasach dominacji autorytaryzmu i imperializmów różnej proweniencji. Stąd jakościowej przemianie ustrojowej w Polsce, jaką jest zastępowanie autorytarnego systemu przez zgodny z normami współczesnych demokracji, nie towarzyszy konsekwentne rozstanie się z teoretycznymi konceptami skrojonymi w przeszłości wedle potrzeb ówczesnego reżimu. Częstokroć za dostateczne uważa się werbalne potępienie i odcięcie się od „komunizmu”, a niekiedy i z bezmyślnego rozpędu od tego, co trwale użyteczne z teoretycznych walorów marksizmu – bez krytycznego zweryfikowania, co z powstałego w przeszłości zasobu teoretycznego jest obarczone autorytarnymi poglądami na politykę i winno być skompromitowane i wyplenione, co zaś trwalej pomocne w interpretowaniu i wdrażaniu demokratycznych stosunków.

Przezwyciężenie takich tendencji staje się szczególnie konieczne współcześnie – w obliczu ewidentnych zagrożeń kryzysową sytuacją w ekonomice i groźbą zaostrzenia politycznych sprzeczności i konfliktów. Doświadczenie Wielkiej Depresji sprzed 80 lat dowodzi bowiem, iż potęguje to zapotrzebowanie na wzrost roli polityki i konieczność wyboru między alternatywnymi – demokratycznymi bądź autorytarnymi – sposobami przezwyciężania kryzysowej sytuacji. Wiele, bardzo wiele przemawia za tym, że tempo i sposób przezwyciężania tej Depresji zależeć będzie zarówno od tego czy polityka i politologia będą wspierać orientację liberalną bądź interwencjonistyczną w ekonomii. Jak i od tego, czy wesprą prosocjalny bądź promilitarny typ interwencjonizmu – podobnie alternatywne jak w latach 30. ub. w. Może to bowiem w istotnej mierze przesądzić, czy uda się tym razem wyjść z globowej Represji bez piekła kolejnej światowej wojny i w sposób rokujący racjonalniejsze skojarzenie wzrostu gospodarczego z postępem społecznym. Pamięć o dramatycznych skutkach ówczesnego zbagatelizowania marginalnych pierwotnie autorytarnych ruchów politycznych i wspierających je kratocentrycznych teorii, winna być dostateczną przestrogą przed zlekceważeniem ich współcześnie.

Wiele świadczy za tym, iż pozytywne wyjście z tej Represji wymaga kolejnego jakościowego postępu w teorii i praktyce interwencjonistycznej orientacji i wspierającej ją polityce i politologii. Od ukierunkowania działań nie na proste przywracanie zdolności systemów gospodarczych do rozszerzonej reprodukcji kapitału – z rachubami, iż zaowocuje to samoczynnie wzrostem i upowszechnianiem dobrobytu. Lecz na przezwyciężanie teorii i praktyki skutkujących potęgowaniem wyścigu w przerabianiu przyrody na towary oraz wzrostem nierówności społecznych i skonfliktowań międzycywilizacyjnych, przez konsekwentne kreowanie polityki i ekonomii skłonnych i zdolnych do racjonalizowania reprodukcji ekologicznych i społecznych warunków egzystencji współczesnych i przyszłych pokoleń całych i wszystkich narodów.[6]

Sądzę, że pomocne w tych wyborach może być zdefiniowanie – podobnie jak w ekonomii politycznej – natury przeciwstawnych orientacji politycznych. Nie wedle samookreślania się poszczególnych nurtów teoretycznych i praktycznych jako lewicowe bądź prawicowe – okazuje się to bowiem mylące w dobie tej rangi przemian ustrojowych i związanych z tym zawirowań ideologicznych i politycznych. Lecz wedle sposobu pojmowania miejsca i roli polityki i instytucji politycznych w życiu społecznym.

1. KRYTERIA I RODZAJE ZRÓŻNICOWAŃ

Twierdzę, iż kluczowym probierzem pomocnym w zaklasyfikowaniu do przeciwstawnych orientacji różnych nurtów zarówno polityki, jak i politologii, może i winno być zdefiniowanie, jaka jest ich społeczna służebność. Z doświadczeń przeszłości i teraźniejszości wiadomo, że służebność ta oscyluje między podporządkowaniem jednemu z dwu alternatywnych typów celów wszelkiej ludzkiej aktywności:

>> celowi naturalnemu, jakim jest zapewnianie szans przeżycia i osiągania satysfakcji z życia wszystkich członków i członów współzależnych społeczności, bądź

>> celowi zdeformowanemu przez ukierunkowywanie aktywności współzależnych społeczności na optymalizowanie warunków egzystencji grup uprzywilejowanych wedle kryteriów stanowych/klasowych/rasowych/majątkowych względem i kosztem im podporządkowanych i wyzyskiwanych.

Nacelowanie polityki na pierwszy bądź drugi typ celów przesądza w decydującym stopniu o charakterze występujących tak praktyce, jak i w politologicznych teoriach, dwu alternatywnych orientacji:

§ Skoncentrowanej na problemach społeczeństwa - socjocentrycznej, traktującej politykę jako równorzędny z innymi rodzaj działalności, służącej uzgadnianiu zachowań współzależnych społeczności składających się z grup o sprzecznych interesach. Socjocentryczna orientacja stymuluje politykę zgodną z zasadami równoprawnej umowy, w której najistotniejsze jest to, kto z kim i na jakich warunkach się dogaduje.

§ Skoncentrowanej na problemach elit władzy - kratocentrycznej [od greckiego krátos – władza], afirmującej traktowanie polityki jako narzędzia ich panowania i uprzywilejowywania poprzez uzależnianie bytu indywidualnego i zbiorowego od rządzących oraz potęgowanie wewnętrznych i zewnętrznych skonfliktowań po to, by skuteczniej podporządkowywać skłócone i zastraszone społeczeństwo. Kratocentrycznej orientacji właściwa jest taka polityka, w której najistotniejsze jest to, kto nad kim panuje.

To modelowe definicje natury celów społecznych i charakteru alternatywnych orientacji. We współczesnej praktyce rzadziej niż w przeszłości występują w podobnie czystej i skrajnej formie – częściej przejawiają się w postaci preferencji o różnym stopniu nasilenia w jednym bądź drugim kierunku. Są jednak na tyle istotne, że okazują się zazwyczaj ważniejsze dla bytu społecznego, niż ideologiczne i polityczne podziały na lewicę i prawicę. Doświadczenia przeszłości i teraźniejszości dowodzą bowiem, że w każdym z tak samookreślających się nurtów politycznych wyraziste były i są podziały na polityków i teoretyków zarówno o socjocentrycznej, jak i kratocentrycznej orientacji. Ograniczając się tu do polskiego doświadczenia można stwierdzić, że zdominowanie lewicowego nurtu w czasach PRL-u przez kratocentryczną orientację, przesądziło o deprawacji i klęsce tej próby wcielania humanitarnych w założeniu idei socjalizmu. Wyrazistym zaś dowodem pozytywnego skutku zdominowania polskiej sceny politycznej przez polityków i teoretyków o nastawieniu socjocentrycznym, jest pokojowy charakter polskiej demokratycznej transformacji. Przesądzony bezspornie przez to, iż tymi, „którym dane było kształtować historię Polski […] kierował nie sam smak władzy, lecz smak służby, wyżej ceniącej dobro państwa i narodu niż partyjną skuteczność.”[7] Współcześnie również istotniejsze niż podziały na prawicę i lewicę stało się ścieranie zorientowanych na zabieganie o żywotne interesy Polski i Polaków – z walczącymi głównie o zdobycie władzy i utrzymanie władzy.

Podziały te nasilą się zapewne w czasach globowej Wielkiej Recesji - i od tego, która z orientacji okaże silniejsza, zleżeć będzie w istotnej mierze nasza przyszłość. Tożsamo, jak zależał los różnych narodów w czasach uprzedniej Wielkiej Depresji. Inny tam, gdzie – jak w Szwecji - zwyciężyła socjocentryczna orientacja w polityce i prosocjalny interwencjonizm w gospodarce. I diametralnie odmienny w hitlerowskich Niemczech, gdzie zdominowanie przez kratocentryczną orientację skutkowało promilitarnym interwencjonizmem i agresją. A jeszcze inny np. w Argentynie, gdzie autorytarne rządy populistycznej Partii Sprawiedliwości spowodowały zaprzepaszczenie na dziesięciolecia szans tego państwa na rozwój i pokój wewnętrzny.

Świadczyć to winno, że kwestie stanowiące przedmiot tej wypowiedzi mają charakter nie tylko teoretyczny, lecz jak najbardziej praktyczny. Bo dobra praktyka zależy wszak zazwyczaj od trafnie ją ukierunkowującej dobrej teorii.

W przezwyciężaniu i wyplenianiu kratocentrycznych zainfekowań teorii politologicznych pomocne może być zdefiniowanie różnic z właściwym socjocentrycznej orientacji postrzeganiem :

>> podmiotów procesów politycznych,

>> miejsca i roli państwa w systemie społecznym,

>> natury sprzeczności społecznych i preferowanych metod ich przezwyciężania,

>> czym jest polityka i jaka jest jej rola w życiu społecznym.

2. RÓŻNICE W POSTRZEGANIU PODMIOTÓW POLITYKI

Praźródłem różnic tak w polityce, jak i w politologii, jest zawężające bądź rozszerzające postrzeganie podmiotów procesów politycznych.

Kratocentryzm cechuje zarówno w praktyce, jak i w teoretycznych interpretacjach, skłonność do koncentrowania uwagi tylko bądź głównie na elitach politycznych, a w skrajnych przypadkach na politycznych przywódcach – władcach i liderach.

Socjocentryzm przejawia się głównie w tym, iż postrzega i wartościuje politykę przez pryzmat jej miejsca i roli w całokształcie życia społecznego – uwzględniając jej wpływ na sytuację wszystkich członków i członów współzależnych społeczności.

§ Siła wpływów kratocentrycznych interpretacji bierze się w istotnej mierze z faktu, iż polityka, władza i instytucje polityczne były od zarania i przez większość dziejów ludzkości głównie narzędziem utrzymania nierównoprawnych podziałów na uprzywilejowanych upodmiotowionych i podporządkowanych im uprzedmiotowionych. Zrodzona w tamtych czasach refleksja naukowa służyła głównie usprawiedliwianiu takich nierównoprawnych porządków. Wyrazistym tego dowodem dwojaki sposób definiowania pojęcia życia przez starożytnych Greków: jedno - zoe – określało życie biologiczne, właściwe niewolnikom tożsamo jak roślinom i zwierzętom; drugie – bios – definiowało życie społeczne, przysługujące nie tylko w autokracjach, ale i ówczesnych demokracjach tylko przynależnym do warstw uprzywilejowanych. Stąd się brało motywowanie przez Arystotelesa – jednego z „ojców” politologicznej refleksji naukowej – zasadności uważania niewolników za tożsame jak zwierzęta „żywe narzędzia” – tym, iż „zarówno niewolnicy, jak zwierzęta domowe, pomagają fizycznie do zaspokojenia niezbędnych potrzeb.” I uzasadnianie takiego zróżnicowania statusu i położenia prawami natury, które wedle niego powodują, iż „od urodzenia dokonuje się rozgraniczenie z przeznaczeniem jednych do władania, a drugich do służenia”.[8] Wyrazistym dowodem podobnie instrumentalnego traktowania chłopów pańszczyźnianych jest pochodząca z dość niedawna, bo z początków XIX wieku, porażająca angielskiego obserwatora konstatacja polskiego szlachcica: „możesz pan ich bić, kopać, robić z nimi co się panu żywnie podoba, a oni nie stawią oporu; nie ośmielą się.”[9] Niewiele w tej materii zmieniały burżuazyjne rewolucje. Konstytuowane w ich następstwie systemy ekonomiczne i polityczne zachowywały dość długo uprzedmiotowienie większości – traktowanie pracowników niczym „narzędzi produkcyjnych” a płacy za pracę „jak oliwienia kół w celu utrzymania ich w ruchu.”[10] Tyle, że w kapitalizmie pierwotnym miejsce wykluczania z upodmiotowionej mniejszości wedle kryteriów urodzenia, zajęły cenzus majątkowy oraz kryteria rasowe, stanowiące do niedawna konieczną „przepustkę” do kategorii dysponujących pełnią praw politycznych i ekonomicznych.

Wiedza o drastyczności tych zróżnicowań i stronniczości wonczas zrodzonych i dominujących teorii politologicznych, winna być dostateczną przestrogą przed „obdarzaniem bezkrytycznym szacunkiem dzieł wielkich, dawnych myślicieli, bo niemal wszyscy oni uważali za naturalne i oczywiste, iż kobiety, mniejszości rasowe i biedni mają być na ziemi pokornymi sługami białych mężczyzn, do których należy myślenie o ważnych problemach i sprawowanie władzy.”[11] Jest to tym bardziej konieczne, że współcześnie, w warunkach upowszechniania politycznej równoprawności, kratocentryczna opcja w polityce i politologii nie zanikła bynajmniej.

§ Przestroga przed bezkrytycznym traktowaniem „spuścizny” kratocentrycznych teorii jest konieczna ze względu na fakt, iż socjocentryczna orientacja – w nowoczesnym znaczeniu konsekwentnego preferowania pełnego i powszechnego równouprawnienia wszystkich członków i członów współzależnych społeczności – wykształciła się w praktyce politycznej, a zatem i w politologii, stosunkowo niedawno. Wprawdzie ideologiczne jej przesłanki zawarte są doktrynach ideologów Oświecenia i wynikających zeń hasłach Rewolucji Francuskiej – Wolności, Równości i Braterstwa, jednak w praktyce społecznej zasady równoprawności niezależnie od urodzenia, rasy i majętności zyskują szersze i konsekwentniejsze zastosowanie dopiero w drugiej połowie XX wieku.

Jest swoistym paradoksem, że próby przezwyciężenia nierównoprawnych stosunków miały pierwotnie z reguły również kratocentryczny charakter. Najpierw, po rewolucjach burżuazyjnych, znoszenie feudalnych uprzywilejowań i zniewoleń wedle urodzenia skutkowało zastąpieniem przez właściwe do niedawna kapitalizmowi podziały wedle majątkowych i rasowych kryteriów. Podobnie właściwe socjalistycznym rewolucjom wdrażanie idei „sprawiedliwości społecznej” zaowocowało nie powszechną równością, lecz innym typem kratocentrycznych zniewoleń i uprzywilejowań rządzących.

Pełniejsze i powszechniejsze równouprawnienie formalne i realne jest świeżym w wymiarze historycznym zjawiskiem, właściwym dla dokonujących się w drugiej połowie XX wieku procesów dekolonizacji i desowietyzacji, skutkujących globalnymi przemianami określanymi mianem „trzeciej fali demokratyzacji”[12]. O paradoksalnej wieloznaczności tych procesów świadczy fakt, iż przeciwstawne systemy udzielały kolejno swoistej "wrogiej pomocy" - wspierania dekolonizacji przez państwa socjalistyczne, skutkującej demontażem kapitalistycznych imperiów w latach 50. i 60. ub. w., zrekompensowanego w latach 80. wspieraniem przez państwa kapitalistyczne desowietyzacji, zwieńczonej rozpadem imperium radzieckiego. Niereformowalność autorytarnego socjalizmu sprawiła, że przestał istnieć wraz z rozpadem radzieckiego imperium. Reformowalność kapitalizmu umożliwiła wzmocnienie atrakcyjności tego systemu - zyskaniu bardziej "ludzkiej twarzy" dzięki uwolnieniu od kolonializmu i rasizmu, a zatem i zwiększenie liczby państw identyfikujących się jako demokratyczno-rynkowe. Skalę zmian spowodowanych przez te procesy obrazuje fakt, że o ile w 1900 r. było zaledwie 6 państw demokratycznych na 48 istniejących, to w 1920 r. ich liczba wzrosła do 15 na 51, a w 1990 r. już 65 na 192[13]. W 2007 roku – liczbę żyjących w państwach o wielopartyjnej demokracji szacowano już na ponad połowę ludzkości[14].

Jak świeże są to procesy świadczy fakt, iż zaledwie przed półwieczem Ghana jako pierwszy z afrykańskich krajów wywalczyła niepodległość, zrywając więzy brytyjskiego kolonializmu. Innym przejawem tego procesu było zniesienie dopiero w 1994 r. w Republice Południowej Afryki apartheidu uprzedmiotowiającego 70% ludności tego kraju, po długotrwałym, brutalnym zwalczaniu zwolenników takiego postępu.

Krótki też, bo zaledwie 44-letni czas minął od zniesienia w 1965 roku w USA praktyk ograniczających de facto prawa wyborcze Afroamerykanów – zapoczątkowującego przemiany, których najwyrazistszym bodaj przejawem jest wybór w 2008 roku Baracka H. Obamy na prezydenta tego mocarstwa.

I zaledwie dwudziestolecie mija od Porozumień Okrągłego Stołu, zapoczątkowujących aplikację pełnej demokracji politycznej w Polsce. Skuteczniejszą wprawdzie niż w międzywojennym dwudziestoleciu, lecz też nie wolną – jak świadczy epizod z tzw. IV RP - od skłonności do autorytarnej recydywy. A i od niedostatków kultury politycznej i adekwatnej konfiguracji systemu partyjnego, sprawiających, że polska demokracja zaliczana jest wciąż do kategorii nie w pełni skonsolidowanych.

O tym, że właściwe współczesności procesy upowszechniania i wdrażania reguł pełnej demokracji, upodmiotowiającej wszystkich nie tylko formalnie ale i realnie, dopiero się wraz ze zmianami ustrojowymi zaczynają, świadczą rzetelne badania przeprowadzone w 2007 roku w 167 niepodległych państwach [w badaniach pominięto 27 mikropaństewek][15]. Wedle tych badań, uwzględniających aż 60 kryteriów, na miano w pełni demokratycznych zasługuje zaledwie 28 państw [16,77 % ogólnej liczby niepodległych krajów zamieszkałe przez 13% ludzkości]. Następna grupa państw demokratycznych zaklasyfikowana została jako demokracje wadliwe [flawed] – niedostatecznie wypełniające instytucjonalno-prawne ramy przez pluralistycznie zorganizowany system partyjny, kulturę polityczną i styl rządzenia. Do tej kategorii zaklasyfikowano w 2007 roku 54 państwa [32,3 % ogólnej liczby badanych państw zamieszkałych przez 38,3% ludzkości]. W grupie tej znalazła się również na osiemnastej pozycji Polska – z państw Unii Europejskiej powyżej tylko od Bułgarii i Rumunii. Na pograniczu demokracji i autokracji są systemy zwane demokracjami fasadowymi bądź systemami hybrydowymi – kojarzącymi formalne ramy demokracji z elementami autorytarnych stosunków politycznych. W kategorii tej mieści się 30 państw [18% zamieszkiwanych przez 10,5% ludzkości]. Reszta, czyli 55 państw [32,9% ogółu zamieszkałych przez 38,2% ludzkości], zaliczona została do systemów autorytarnych różnego typu.

Doświadczenie procesów upowszechniania demokracji dowodzi, że okazuje się to skuteczne pełniej i trwalej tam, gdzie dokonuje się głównie wewnętrznymi siłami – bez narzucania z zewnątrz. I nie sprowadza się do prostackiej transplantacji obcych wzorców, lecz jest rezultatem wypracowywania własnych wersji demokratycznych systemów. Kojarzących to co trwale użyteczne z ukształtowanych przez tysiąclecia rodzimych sposobów organizacji życia społecznego – z właściwościami równoprawnym, socjocentrycznym demokracjom. Bardziej na wzór i podobieństwo szczepienia na starym pniu szlachetniejszej odmiany, niż karczowania i sadzenia nowego drzewa, przeniesionego z innej strefy ekologicznej.

Warunkiem koniecznym takiego sposobu demokratyzacji jest z wyprzedzanie postępu w praktyce przez postęp w teorii i świadomości społecznej. Czyli przezwyciężanie dominacji cudzych i rodzimych kratocentrycznych teorii oraz upowszechniających je ideologii, przez kreowanie i upowszechnianie socjocentrycznych interpretacji adekwatnych do konkretnych warunków własnej społeczności. Gdzie tego zabraknie, za fasadą „upowszechniania demokracji” i uniwersalizmu zachodnich jej wzorców, kryć się może polityka globalnego ekspansjonizmu – niekiedy podobnie brutalna i dewastująca, jak w ubiegłych wiekach ideologiczna fasada „upowszechniania cywilizacji białego człowieka” kamuflowała ekspansjonizm kolonialny i neokolonialny.

Procesy upowszechniania pełnych demokracji, równouprawniających formalnie i realnie wszystkich członków współzależnych społeczności, są – jak z powyższego wynika – wprawdzie zaawansowane, lecz dość świeże i nie w pełni oswojone w większości państw o takim systemie. Raczej oczywiste, że odnosi się to w istotnej mierze także i do stanu politologicznych poglądów i interpretacji praktyki politycznej.

W polskiej politologii zyskanie przewagi przez socjocentryczną orientację wymaga podobnego przełomu, jakiego przejawem w naukach historycznych stała się francuska szkoła Annales, której dziełem było przezwyciężenie tradycyjnego zamknięcia „w bezpłodności kroniki wydarzeń politycznych”, uwzględnianie także „innych aktorów niż osobistości oficjalne” - „nie dostrzeganych przez tradycyjną historiografię ludzi pracy, chłopów, pasterzy, marynarzy, owych 90% ludności «niegodnych historii»”[16], nie tylko stosunków władzy, ale wszystkich istotnych aspektów życia społecznego oraz współzależności różnych kultur i cywilizacji.

Warunkiem sine qua non takiego postępu jest konsekwentnie krytyczne przewartościowanie wszystkich dotychczasowych teorii politologicznych. Wyłuskanie i zachowanie tego, co w nich jest trwałym „ziarnem” prawdy o tej sferze ludzkiego bytu, odsianie zaś i zdeprecjonowanie „plewy” interpretacji, które winny przeminąć wraz z imperialnymi i autorytarnymi ustrojami. Bez tego bowiem kratocentryczne teorie i praktyki nie przeminą samoczynnie. Wiele bowiem jest objawów żywotności tego typu nawyków i skłonności w praktyce politycznej. I równie wiele nieprzewartościowanych krytycznie kratocentrycznych interpretacji w politologicznej teorii.

3. RÓŻNICE W POSTRZEGANIU ROLI PAŃSTWA

W drugiej z różniących alternatywne orientacje kwestii kratocentryzm objawia się w traktowaniu jako wartości nadrzędnej państwa – utożsamianego w skrajnych wydaniach z absolutystycznym Władcą, Liderem, Kościołem bądź Partią. Społeczeństwa zaś jako zobligowanego – explicite - do służebności im, a – implicite – w istocie interesom uprzywilejowanych grup społecznych. System polityczny to – wedle takich interpretacji - system państwowy panujący arbitralnie nad wszystkimi sferami ludzkiej działalności, z ekonomiczną i kulturowo-ideologiczną włącznie. Konsekwencją takiego podejścia jest absolutyzowanie roli państwa – traktowanie go jako totalnej organizacji społeczeństwa. Najświeższym przejawem ostałości w polskiej politologii typowego dla autokratyzmów generalizowania pozycji państwa, jest sformułowanie pytania z próbnej matury w 2009 roku zakładające, iż opis systemu państwowego jest równoznaczny z opisem systemu politycznego.

Wedle socjocentrycznych interpretacji natomiast, państwo jest instytucją służebną społeczeństwu składającemu się z równoprawnych jednostek oraz wielorakich struktur koniecznych dla ich egzystencji – rodzinnych, sąsiedzkich, regionalnych, ekonomicznych, politycznych, kulturowych, religijnych itp. System państwowy wprawdzie jest najbardziej istotną, lecz podrzędną częścią systemu politycznego, składającego się z wielu elementów, z których główne to:

· społeczność, składająca się ze współzależnych grup o interesach zbieżnych i sprzecznych, której egzystencja uzależniona jest od funkcjonalnej kompozycji systemów ekonomicznego, politycznego i kulturowego,

· organizacje artykułujące i zabiegające o interesy tych grup przez zdobywanie i sprawowanie władzy państwowej bądź wywieranie na nią wpływu za pomocą perswazji, manipulacji, negocjacji i kompromisu,

· organy władzy państwowej, zobligowane do kształtowania i ochrony ładu przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi, uprawnione do ukierunkowywania zachowań zarówno bezprzemocowymi metodami, jak i środkami przymusu oraz przemocy,

· instytucje terytorialnej władzy samorządowej, których autonomia jest istotnym wyróżnikiem współczesnych demokratycznych systemów,

· formalne i zwyczajowe normy regulujące wzajemne relacje i funkcjonowanie wszystkich części składowych systemu,

· ideologie i strategie polityczne, stanowiące oprogramowanie ukierunkowujące działalność systemów państwowych i partyjnych,

· instytucje i organizacje międzynarodowe, do których są afiliowane państwa i partie polityczne, których rola wzrasta w warunkach kontynentalnych integracji i globalizacji.

Państwo odgrywa w tej konfiguracji rolę instytucjonalno-prawnej "ramy", zobligowanej do ochrony "obrazu" wypełniającego je spontaniczną treścią wielorakich form indywidualnej i społecznej aktywności. Ochrony tym lepszej, im mniej przysłoniającej i przytłaczającej żywy "obraz" bytu społecznego. Jest zatem uważane za istotną, lecz nie generalną strukturę - uprawnioną do ingerencji w funkcjonowanie innych struktur społecznych i jednostek o tyle, o ile jest to konieczne. Zgodność systemu politycznego z zasadami współczesnych pełnych demokracji znajduje odzwierciedlenie przede wszystkim w odrzuceniu właściwej autokratycznym systemom nadrzędności systemu politycznego wobec systemu społecznego. Zgodnie z koronną zasadą demokracji, iż polityka nie powinna być czymś najważniejszym w życiu społecznym. Najważniejsze być winno zwiększanie szans przeżycia i osiągania satysfakcji z życia wszystkich członków i członów współzależnej społeczności – i temu winien służyć system polityczny oraz pozostałe systemy obsługujące egzystencjalne potrzeby społeczności. Stąd sednem procesów demokratyzacji jest m. in. przywracanie państwu podrzędnej wobec systemu społecznego rangi i służebnej społeczeństwu roli. Przezwyciężanie właściwej autokracjom tendencji do absolutyzowania jego roli i wdrażanie koronnych zasad współczesnych pełnych demokracji: „po pierwsze – ograniczoności władzy państwowej, która nie próbuje zapanować nad wszelkimi przejawami zachowań społecznych, lecz wypełnia ważną rolę gwaranta ładu społecznego, po drugie zaś - samoorganizacji społeczeństwa, czyli jego zdolności do rozwijania społecznych inicjatyw i oddolnego tworzenia różnorodnych form zrzeszania się.”[17] Niezbędnymi podmiotami polityki w demokratycznych systemach „są nie tylko wyspecjalizowane organy i agendy państwa, ale również wszelkie organizacje, ruchy, stowarzyszenia, inicjatywy i komitety obywatelskie, tym bardziej grupy interesów formułujące roszczenia i programy, wywierające nacisk i zdolne do praktycznej realizacji własnego programu, także samodzielnymi decyzjami i działaniami.”[18]

4. RÓŻNICE W INTERPRETOWANIU SPRZECZNOŚCI

Równie istotnym wyróżnikiem przeciwstawnych orientacji jest stosunek do sprzeczności interesów indywidualnych i grupowych.

Sprzeczności „mają podobnie jak interesy, obiektywny charakter. Wynikają z różnego usytuowania społeczno-ekonomicznego pod­miotów interesów, z różnych ról pełnionych przez nie w organizacji systemów społecz­nych. W przypadku klas i wielkich grup społecznych szczególnie istotne jest ich usy­tuowanie w sferze stosunków społecznych i ekonomicznych, w obszarze społecznego podziału pracy, relacji do własności, w tym własności środków produkcji oraz party­cypacji w podziale społecznego dochodu. Sprzeczności mają też swe źródła w różni­cach kulturowych, ideologicznych, w społecznych systemach wierzeń, w znaczeniu przy­pisywanym ważnym symbolom, w stylu życia wielkich grup społecznych. Sprzeczności mają także źródła w stosunkach panowania, władzy i dominacji oraz w innych defi­cytowych i w konsekwencji zawsze nierówno podzielonych zasobach społecznych.”[19]

Wedle socjocentrycznej interpretacji sprzeczności mają zazwyczaj trojaki charakter: nietożsamości, rozbieżności i przeciwstawności interesów.[20]

· Z nietożsamością interesów mamy do czynienia wtedy, gdy jest zgodność współzależnej społeczności w kwestii celu, natomiast sprzeczność w kwestii sposobów jego realizacji. Ten typ sprzeczności można przedstawić graficznie w postaci dwu lub więcej prostych równoległych. Najczęstszym jego przejawem są kontrowersje na tle lokalizacji inwestycji przemysłowych bądź tras komunikacyjnych. Do tego typu sprzeczności zaliczyć też można sytuacje, gdy istnieje zgodność co do takich celów jak likwidacja przestępczości – a rozbieżność w kwestii sposobów: przez zaostrzenie represji bądź usuwanie demograficznych i ekonomicznych przyczyn i resocjalizację. A także co do sposobów likwidacji stref biedy i jej głównego źródła jakim jest bezrobocie: dawać „rybę” zasiłków socjalnych, czy „wędkę” szansy aktywizacji zawodowej.

· Rozbieżność interesów wynika ze sprzeczności interesów partykularnych z interesami szerszej społeczności oraz doraźnych z interesami perspektywicznymi. Ten typ sprzeczności można zilustrować w formie oddalających się od siebie linii. Najwyrazistszym tego przykładem jest rozbieżność między opowiadającymi się za zwiększaniem środków na konsumpcję przez wzrost płac - a zwolennikami wzrostu nakładów na inwestycje motywowane perspektywicznymi interesami załogi czy narodu. W praktyce życia codziennego objawia się to między skłonnością do ograniczania dzietności kobiet motywowaną ambicjami kariery zawodowej lub wygody – a optującymi wręcz przeciwnie rzecznikami zwiększania wzrostu demograficznego w imię perspektywicznych interesów narodu bądź wyznawców pronatalistycznie nastawionej religii. I odwrotnie: opowiadaniem się rodziców i dziadków za wielodzietnością – a zakazami wielodzietności motywowanymi koniecznością „rozbrojenia bomby wzrostu demograficznego” powyżej stopy wzrostu gospodarczego państwa (np. w Chinach i Indiach). Do tej samej kategorii należy rozbieżność między optowaniem za zachowaniem i zwiększaniem uprawnień socjalnych – a postulatami zwiększania rentowności i konkurencyjności przedsiębiorstw przez cięcia „socjalu”. Objawia się też w postaci ambiwalentnej rozbieżności interesów wynikającą z koniecznością zgody na rzecz doraźnie i indywidualnie niekorzystną – np. podporządkowanie się ograniczeniom szybkości jazdy samochodem, płacenie podatków, lecz z punktu widzenia interesów perspektywicznych i ogólnospołecznych korzystną – np. zyskiwanie bezpieczeństwa na drogach, utrzymywanie z podatków oświaty publicznej, opieki zdrowotnej, obrony narodowej i bezpieczeństwa publicznego.

· Przeciwieństwo interesów można zilustrować zderzającymi się ze sobą strzałami, wynika bowiem w praktyce społecznej z konfliktowości przeciwstawnych, wykluczających się wzajemnie interesów klasowych, etnicznych, religijnych, międzypaństwowych. Tu przykładów jest mnóstwo. Poczynając od sprzeczności interesów producentów skłonnych do maksymalizacji zysku przez sprzedaż produktów szkodliwych dla zdrowia – z wymogami ochrony interesów nabywców przed tego typu praktykami, przez antagonizmy między uprzywilejowanymi a wyzyskiwanymi grupami społecznymi, konflikty na tle różnic religijnych, rasowych i etnicznych, po międzypaństwowe spory terytorialne czy konflikty ekonomiczne. Ten typ sprzeczności, jeśli nie są łagodzone i przezwyciężane bezprzemocowymi metodami politycznymi, owocuje walkami klasowymi, buntami i rewolucjami, wojnami międzynarodowymi, globowym terroryzmem itp.

W takim ujęciu sprzeczności interesów są interpretowane i traktowane jako naturalne następstwo odmienności miejsca w społecznym podziale pracy, pochodzenia, przynależności etnicznej, światopoglądu i innych zróżnicowań właściwych społecznościom liczniejszym i bardziej złożonym niż niegdysiejsze wspólnoty rodowo-plemienne. Pojawiają się „w państwach o złożonej strukturze, które postrzegają się jako całość złożoną z wielu części, a nie jako pojedynczy szczep, grono wyznawców tej samej religii, grupę ludzi złączonych wspólnym interesem czy wspólnotą tradycji.”[21] Sprzeczności zatem nie wynikają tylko czy głównie z wrogości, i nie generują nieuchronnie konfliktów wymagających tłumienia i przezwyciężania środkami przymusu i przemocy.

Konflikt polityczny jest definiowany jako walka dwóch lub więcej podmiotów polityki o przeciwstawnych interesach, zmierzających do osiągnięcia wykluczających się celów. Tego typu antagonizmy bywają powodowane nie tylko przez nieprzezwyciężalne bezprzemocowymi metodami przeciwieństwo interesów, lecz i przez niedostatki w rozpoznawaniu i przezwyciężaniu konkretnych przejawów nietożsamości i rozbieżności interesów.

Powyższy, socjocentryczny sposób postrzegania i traktowania sprzeczności interesów oraz konfliktów jest w praktyce politycznej właściwością demokratycznych systemów. Demokracje bowiem to nie bezsprzecznościowe formacje – różnią się od autokratycznych stwarzaniem wszystkim członkom i grupom współzależnych społeczności równoprawnych możliwości artykułowania swych interesów i zabiegania o ich uwzględnianie za pomocą szerokiego wachlarza legalnych form samoorganizacji oraz środków i metod politycznej działalności. Demokracja jest w stanie najlepiej „funkcjonować wtedy, gdy sprzeczne interesy będą ze sobą otwarcie konkurować.”[22] I gdy celem tej konkurencji jest nie zdominowanie jednych grup przez inne, lecz stwarzanie możliwości pogodzenia ich ze sobą o tyle, o ile to jest możliwe. „W idealnej sytuacji polityka angażuje każdą grupę w sprawy pozostałych, tak że każda z nich i wszystkie razem mogą być pomocne w wypełnianiu przez władzę jej podstawowej funkcji, czyli utrzymywanie ładu.”[23] Gwarancją takiego kształtu stosunków politycznych są właściwe współczesnym demokracjom zasady: równoprawności wszystkich członów i członków współzależnych społeczności, pluralizmu – równego prawa do artykułowania i zabiegania wszystkich o swe interesy oraz konsensusu – uzgadniania interesów i zachowań metodami właściwymi dla umowy społecznej. Nadaje to politycznej konkurencji charakter gry o sumie dodatniej, zakładającej wygraną wszystkich uczestników interakcji, korzystających w różnej mierze z uzgodnienia współzależnych zachowań i działań. I przesądza o możliwości i celowości dominowania w demokratycznej polityce bezprzemocowych metod perswazji, negocjacji i kompromisów, połączonego z negatywnym traktowaniem manipulacji oraz minimalizowaniem środków przemocy i przymusu. O skuteczności takiego traktowania sprzeczności przez demokracje świadczy najlepiej fakt, iż od początku XX wieku nie było wojen między państwami stricte demokratycznymi Chociaż nie brakło spraw o charakterze konfliktowym, były one z reguły przezwyciężane pokojowymi metodami negocjacji, arbitrażu i kompromisów.

Doktrynalne uzasadnienie takiego pojmowania i traktowania sprzeczności interesów i sposobów ich uzgadniania zawierają interpretacji filozofów Oświecenia, współcześniej zaś amerykańskiego uczonego Johna Rawlsa[24].

Kratocentryczną orientację cechuje interpretowanie sprzeczności wyłącznie w kategoriach antagonistycznego konfliktu interesów. Tego typu rządy polegają „po prostu na realizacji własnego interesu poprzez zmiażdżenie wszystkich innych lub choćby większości grup o przeciwnych interesach.”[25] Stąd bierze się zarówno diabolizowanie sprzeczności, postrzeganie ich wyłącznie w kategoriach wrogości, służące usprawiedliwianiu delegalizacji i bezwzględnego zwalczania wewnętrznych przeciwników oraz mobilizowaniu poparcia w walce z zewnętrznymi. Jak i skłonność do negowania naturalnych, nieantagonistycznych sprzeczności wewnętrznych – upowszechniania poglądów o jedności etnicznej, rasowej, ideologicznej bądź religijnej, służącego blokowaniu legalnych możliwości artykułowania i zorganizowanego zabiegania o swe interesy przez grupy pokrzywdzone. Konsekwencją takiego pojmowania i traktowania sprzeczności jest właściwa kratocentrycznym reżimom skłonność do ograniczania swobody zrzeszania się i wypowiedzi, a przez to uniemożliwianie bezkonfliktowego, koncyliacyjnego przezwyciężania sprzeczności. Bywa, że w tego typu reżimach konflikty wybuchają nie tylko spontanicznie wskutek spotęgowania sprzeczności, lecz są wywoływane przez rządzących, posługujących się perfidną socjotechniką rządzenia przez prowokowane celowo kryzysy, pomocną w dyscyplinowaniu społeczeństwa oraz wyprzedzającym pacyfikowaniu i zdławieniu potencjalnej opozycji. Wszystko to łącznie sprawia, że polityka kratocentryczna ma charakter wykluczającej kompromisy i współdziałanie gry o sumie zerowej – zakładającej totalną wygraną jednej ze stron, i bezwzględną przegraną innych.

Doktrynalne zartykułowanie pojmowania sprzeczności wyłącznie w antagonistycznych kategoriach wrogości [„swoi – obcy”, „źli – dobrzy”, „wrogowie – przyjaciele”] i konfliktów, zawierają najwyraziściej teorie Carla Schmitta[26] – niegdyś ideologa nazizmu, współcześnie zaś różnych, w tym i polskich kratocentrycznych orientacji politycznych i politologicznych[27].

5. ALTERNATYWNE SPOSOBY DEFINIOWANIA POLITYKI

Kwintesencję różnic między socjocentrycznymi a kratocentrycznymi interpretacjami znajdujemy w odmiennościach sposobów definiowania czym jest polityka. Zweryfikowanie natury politycznej stronniczości w tej materii jest niezbędne, bowiem „rozbieżność definicji polityki rozciąga się również na naturę nauki o polityce.”[28] A w konsekwencji na wpływ teorii politologicznych na praktykę polityczną.

§ Twierdzę, iż zgodne z socjocentryczną orientacją są te sposoby definiowania tej sfery ludzkiej aktywności, których sednem jest teza, iż polityka to uzgadnianie zachowań współzależnych społeczności o sprzecznych interesach. Mniej, bądź wcale nieistotne są w tej materii różnice, sprowadzające się do odmienności sposobów formułowania tożsamych w istocie treści.

I tak np. wedle brytyjskiego politologa Stephena D. Tanseya, „polityka obejmuje szeroki wachlarz sytuacji, w których ludzie kierujący się odmiennymi interesami działają wspólnie dla osiągnięcia celów, które ich łączą, i konkurują ze sobą, gdy cele są sprzeczne.”[29]

Zdaniem Andrew Heywooda, „polityka jest aktywnością, przez którą ludzie tworzą, chronią i zmieniają ogólne zasady życia. Jako taka, jest działaniem zasadniczo społecznym, nierozerwalnie związanym z jednej strony z istnieniem różnorodności i konfliktu, a z drugiej skłonności do współpracy i współdziałania.”[30]

Podobnie polski politolog Leszek Sobkowiak definiuje, iż polityka to sfera stosunków i działań przybierających postać „walki, kompromisów i współpracy pomiędzy dużymi grupami społecznymi (klasami, warstwami, grupami społeczno–zawodowymi, narodami), organizacjami politycznymi, ośrodkami decyzji politycznych i jednostkami. Podmioty te dążą do realizacji swoich podstawowych potrzeb i interesów poprzez sprawowanie władzy politycznej lub poprzez wywieranie wpływu na władzę.”[31]

Taki też jest sens moich definicji polityki jako „działania dużych grup społecznych – klas, ich odłamów i sojuszów, narodów i związków międzynarodowych – którego celem jest przezwyciężanie w korzystny dlań sposób sprzeczności interesów z innymi współzależnymi grupami.”[32] I szersza wykładnia, iż „polityka to działalność polegająca na przezwyciężaniu nieprzemocowymi i przemocowymi metodami sprzeczności interesów i uzgadnianiu zachowań współzależnych grup społecznych i wewnątrz nich, służąca kształtowaniu i ochronie ładu społecznego korzystnego dla tych grup stosownie do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów.”[33]

Ewidentnym jest, że choć sposób ujmowania w słowa sedna polityki bywa w tych definicjach różny – ich sens jest tożsamy. Definicje te określają:

>> gdzie polityka jest potrzebna – formułując, że tam, gdzie istnieje współzależność dużych grup społecznych o sprzecznych interesach;

>> po co jest potrzebna – wskazując, że po to, by przezwyciężać sprzeczności i uzgadniać zachowania współzależnych społeczności;

>> jakimi sposobami realizuje te zadania – eksponując równoprawnie zarówno rywalizację jak współdziałanie;

>> a zatem i – domyślnie – zakładając, że polityka jest zbędna tam i wtedy, gdzie i kiedy nie ma sprzeczności interesów grupowych, bądź ich nieantagonistyczny charakter umożliwia uzgadnianie zachowań bez politycznej ingerencji.

§ Charakter sprzeczny z wymogami socjocentrycznego wyjaśniania polityki i potrzebami wspierania przez politologię demokratycznej polityki mają definicje otwarcie kratocentryczne oraz wadliwe – gubiące z pola widzenia to, co stanowi sedno polityki, a także fałszywe – kamuflujące naturę tej sfery ludzkiej aktywności. Katalog najczęściej spotykanych w polskiej literaturze przedmiotu tego typu interpretacji polityki przedstawia się następująco:

· Definicje otwarcie kratocentryczne, deformujące pojmowanie funkcji polityki przez skoncentrowanie na środku – jakim jest zdobywanie i sprawowanie władzy państwowej, z pominięciem społecznych treści - przesądzających o służebności władzy interesom społecznym. Do tej kategorii w polskiej literaturze przedmiotu należą interpretacje, iż „walka o zdobycie władzy i sprawowanie władzy to podstawowe treści polityki, a tym samym podstawowe zagadnienia, którymi zajmują się nauki badające politykę”, a zatem „stosunki polityczne, to przede wszystkim stosunki wynikające z walki o władzę i sprawowania władzy.” [34] A także twierdzące, że polityka „odnosi się do tej części stosunków międzyludzkich, których treścią jest panowanie, rządzenie, władza – narzucanie i egzekwowanie decyzji jednego człowieka lub grupy ludzkiej innym.”[35] Tożsamy jest sens definicji poprzestających na definiowaniu polityki „jako rodzaju działalności społecznej związanej z walką o władzę i z jej utrzymaniem”[36], bądź określających ją jako „działalność związaną z dążeniem do zdobywania i wykonywania władzy wewnątrz państwa oraz w stosunkach międzypaństwowych” a zatem i zawężających obszar badawczy politologii do państwa, partii politycznych i ogółu stosunków „związanych ze zdobyciem, utrzymaniem i wykonywaniem władzy.”[37]

Tego typu interpretacje traktują instrumentalną część procesów politycznych – jaką jest zdobywanie i sprawowanie władzy - jako ich sedno. Zawarte w nich konstatacje są wprawdzie zgodne z realiami, ale niepełne, ograniczone do instytucji – jaką jest państwo, i narzędzia – jakim jest władza państwowa, bez wyjaśnienia jaka jest funkcja państwa i władzy państwowej w życiu społecznym. „Władza jest instrumentem polityki, jednym ze środków artykulacji interesów, a nie istotą tego co polityczne” – definiuje istotę tej deformacji Bohdan Kaczmarek. – „Redukowanie polityki do problemu władzy prowadzi do spoglądania na zjawiska polityczne przez pryzmat tych grup społecznych, których życiowa egzystencja związana jest z szeroko rozumianą obsługą władzy, tymczasem z punktu widzenia pozostałych grup społecznych i społeczeństwa jako całości władzę sprawuje się nie dla niej samej, a po to, by rozwiązywać społeczne problemy i zaspokajać potrzeby społeczne.”[38] Skoncentrowanie oglądu i osądu tylko bądź głównie na władzy i jej instytucjach prowadzić może do podobnego błędu – nie tylko poznawczego, ale i praktycznego - jakim bywa np. przyjęcie, iż kościół to świątynia i duchowieństwo, a nie głównie wyznawcy i ich religijne potrzeby. Jest to błąd podobny, jakim byłoby pominięcie w opisie firmy jakie produkty zaspokajające określone potrzeby społeczne wytwarza i skoncentrowanie uwagi nie na klienteli i załodze głównie, lecz na zarządzie i biurowcu. Skłaniać to może do ograniczania zadań politologii do zajmowania się tylko bądź głównie tym, co służy zdobywaniu i utrzymaniu władzy – miast tym, jak władza winna służyć społeczeństwu.

W skrajnych przypadkach „takie rozumienie polityki prowadzi w konsekwencji fetyszyzacji władzy do politykierskiej degeneracji polityki, do legitymizowania takiej degeneracji, której przykładów nawet pobieżna obserwacja rzeczywistości dostarcza aż nadto, a nie do pojmowania polityki roli polityków jako przede wszystkim służby społecznej i odpowiedzialności.”[39] Proponuję to określić mianem kratofiksacji – maniakalnej żądzy władzy. Patologii groźnej, bo zazwyczaj sprzecznej z interesami społeczności, którym władza polityczna winna służyć. Nagminnej w systemach despotycznych, typu hitleryzmu czy stalinizmu. Ten typ dewiacyjnych skłonności ujawnia się niekiedy również w demokracjach – sprawowanie władzy wiąże się bowiem z profitami ambicjonalnymi i materialnymi, może zatem stawać się dla poszczególnych polityków czy ugrupowań celem samoistnym. Różnica w tym, iż w odróżnieniu od autorytarnych systemów, w demokracjach ta dewiacja może być łatwiej rozpoznawana, demaskowana i przezwyciężana.

· Definicje kamuflujące kratocentryzm parawanem socjotechnicznych formuł. Wyrazistym tego przejawem w polskiej politologii jest upowszechniana od lat 70. ub. w. definicja, że „polityka to działalność wytyczona przez ośrodek decyzji sformalizowanej grupy społecznej (organizacji), zmierzająca do realizacji ustalonych celów za pomocą określonych środków.”[40]

Logiczna analiza tej definicji ujawnia, że nie definiuje bynajmniej ona czym jest polityka. Nie formułuje bowiem, czym różni się działalność polityczna od innych form zorganizowanej aktywności. Pasuje zatem do różnych jej form – tak do państwa i partii, jak przedsiębiorstwa czy klubu sportowego. I zarówno do struktur o nobliwym charakterze (np. Kościół) jak i wręcz przeciwnie (np. „agencja towarzyska”), złożonym (np. korporacja) i prostym (np. piekarnia), a i wręcz przestępczym (np. mafia czy gang). A jeśli coś wyjaśnia nadmiernie wiele, to w istocie wyjaśnia niewiele bądź nic.

W świetle wnikliwszego rozbioru ewidentnym się staje, że odnosi się nie do wszystkich zorganizowanych struktur, lecz tylko do autokratycznych. Cechujących się takim charakterem relacji między „ośrodkiem decyzji” a pozostałymi uczestnikami, w których „góra” – czyli scentralizowana władza - arbitralnie decyduje, a „dół” – podporządkowane jej społeczeństwo – tylko wykonuje.

Istotnym mankamentem tej definicji jest też przemilczenie kwestii sprzeczności interesów – a zatem i fundamentalnej roli polityki w ich rozpoznawaniu i przezwyciężaniu.

Uwzględnienie przez tegoż autora w 1986 roku różnic interesów – zapewne pod wpływem ewidentnego zdezawuowania przez dramatyczne konflikty społeczne oficjalnej doktryny „jedności moralno-politycznej narodu” – nie pozbawiło jej kratocentrycznego charakteru. W zmodyfikowanej bowiem wersji, polityka interpretowana jest nadal jako działalność wytyczona przez sformalizowany ośrodek decyzyjny, zmierzający za pomocą odpowiednich socjotechnik do tego, by grupy ludzi o różnej wielkości i różnych interesach realizowały cele wskazane przez ów ośrodek. [41] Sądzę, że można uznać ten wariant za w miarę trafne zdefiniowanie właściwości autokratycznej polityki, ale nie za uniwersalną definicję polityki – z konsekwentnie demokratyczną włącznie.

Konieczność ujawnienia i wypomnienia natury tego sposobu definiowania polityki powoduje fakt, iż był on nie tylko upowszechniany w kolejnych wydaniach obowiązujących w latach 70. i 80. ub. w. akademickich podręczników[42], ale zakorzenił się w polskiej literaturze przedmiotu na tyle silnie, że bywa nadal jednym z częściej bezkrytycznie powielanych [por. Chmaj[43]; Chmaj, Żmigrodzki[44]; Galasiński[45]; Gołębiowski[46]; Kraus-Mozer[47]; Laskowski[48]; Zieliński[49]].

· Definicje idealizujące - twierdzące, że polityka to służenie dobru publicznemu. W epokach gdy powstawały i dominowały takie teorie, autorstwa Arystotelesa [IV w.p.n.e.], św. Augustyna [przełom IV i V w. n.e.], i Tomasza z Akwinu [XIII w.n.e.], dobro publiczne było utożsamiane z dobrem klas uprzywilejowanych względem i kosztem podporządkowanych i wyzyskiwanych niewolników i pańszczyźnianych chłopów. Sens tych poglądów streszczał się w tezie, iż „od urodzenia dokonuje się rozgraniczenie z przeznaczeniem jednych do władania, a drugich do służenia” [Arystoteles: 12]. Uznawane to było nie tylko w owych czasach, ale do całkiem niedawna za normę – nie tylko w systemach autorytarnych, ale i w demokracjach mniejszościowych, uprzywilejowujących mniejszość wedle kryteriów urodzenia, rasy bądź majętności.

Właściwe współczesności zanegowanie zasadności takich zróżnicowań, wymaga zanegowania także usprawiedliwiających je teorii. Stąd nie sposób się zgodzić z bezkrytycznym upowszechnianiem takiego pojmowania polityki przez Tomasza Żyro, chwalącego św. Tomasza z Akwinu za przypomnienie Europie, „że polityka jest niczym innym jak realizacją dobra wspólnego (łac. bonum communi)”[50]. Konstatacja ta byłaby trafna, gdy towarzyszyła jej informacja, czyjemu „dobru wspólnemu” – jakich grup społecznych politycznie i ekonomicznie upodmiotowionych – polityka wonczas służyła. Bo w nierównoprawnych ustrojach – takie panowały w czasach zarówno Arystotelesa, jak św. Tomasza – chroniła z reguły uprzywilejowanie mniejszości kosztem „dobra” większości politycznie i ekonomicznie uprzedmiotowionych. Pytanie cui bono [komu to przynosi korzyść] być winno zatem koniecznym instrumentem, pomocnym w wykrywaniu prawdy nie tylko w postępowaniu karnym, ale i w sferze działań politycznych.

· Definicje totalnie deprecjonujące politykę - pojawiające się częściej w publicystycznych wypowiedziach i potocznych opiniach, a sporadycznie tylko w enuncjacjach naukowców. Do tej kategorii należą definicje zakładające, iż polityka to z reguły dyktatura, a zatem związany z tym ucisk i podporządkowanie. A także traktujące nadużywanie niczym nieskrępowanej przemocy jako nieodłącznej cechy każdej działalności politycznej. Podobnie za błędne należy uznać interpretacje traktujące politykę jako sferę, obarczoną nieuchronnie podłością, okrucieństwem, uwikłaniem w korupcję, nepotyzm itp.

Tego typu opinie, spotykane dość często w potocznym obiegu, bywają wprawdzie niekiedy trafnym zdefiniowaniem konkretnych przypadków wynaturzeń polityki. Lecz generalizowanie takich sądów bynajmniej nie mobilizuje do ich zwalczania. Częstokroć wręcz przeciwnie – odstręcza od angażowania się w życie polityczne obywateli o wyższych standardach etycznych, skłania ich do wycofywania się z kandydowania na funkcje polityczne, a częstokroć i z udziału w wyborach, co skutkuje oddawaniem pola istotnie mniej wartościowym intelektualnie i moralnie politykom. Czyli takim, którym nie chodzi o to, by będąc u władzy stawać się lepszymi, ale by wykazać, że adwersarze są jeszcze gorsi niż oni.

Jest swoistym paradoksem, że choć autorami tego typu opinii bywają częstokroć surowi krytycy patologicznych poczynań polityków, okazują się one wielce użyteczne dla reżimów i formacji winnych dewiacji w tej dziedzinie. Tego rodzaju generalizacje sprzyjają bowiem poglądowi, że polityka jest z natury czymś złym. Mogą zatem służyć nie tylko krytyce wynaturzeń polityki, ale i usprawiedliwieniu reżimów autokratycznych przez upowszechnianie opinii, że opresywność jest nieodłączną cechą każdej polityki. Stąd pogląd, że w polityce liczy się nie etyczność, lecz skuteczność, więc rządzący postępują amoralnie, bo jakoby inaczej rządzić się nie da, bywa raczej użyteczny w usprawiedliwieniu mierności, marności i podłości takichże polityków i reżimów, niż pomocny w zwalczaniu takich patologii.

· Definicje nadmiernie szerokie - zakładające, że „polityka to po prostu wywieranie wpływu”. A jako że wywieranie wpływu jest powszechne we wszelkich międzyludzkich relacjach, wszystko staje się polityczne – „nawet rodziny i zakochane pary”[51]. Przyjęcie takiego podejścia sprawia, że „polityka to dla politologa wszystko co go otacza, cała istniejąca rzeczywistość.”[52]

Ten sposób definiowania polityki jest dwojako szkodliwy.

Raz, bo uniemożliwia wyodrębnienie stricte politycznych form wpływu aktywnych politycznie sił na przezwyciężanie sprzeczności interesów w korzystny dla siebie sposób, od innych, apolitycznych rodzajów wzajemnego wpływu w różnego typu międzyludzkich interakcjach.

I dwa, bo może służyć usprawiedliwieniu typowej dla reżimów autorytarnych ingerencji politycznej w sfery życia intymnego, prywatnego, rodzinnego, towarzyskiego, sąsiedzkiego itp., które mogą i winny być wolne od polityczności dopóty, dopóki życie toczy się w nich bezkolizyjnie. Wszak „te obszary życia, w których jednostki są w stanie i rzeczywiście radzą sobie same […] są w sposób oczywisty «apolityczne»”[53]. Gros życia ludzkiego toczy się zazwyczaj w instytucjach takich jak rodzina, grupy oparte na pokrewieństwie, stosunkach towarzyskich, indywidualnej i prywatnej przedsiębiorczości, stowarzyszeniach samorządnej samozaradności – wolnych zazwyczaj od antagonistycznych sprzeczności a zatem apolitycznych. Uzgadnianie współzależnych zachowań i działań w tych sferach obywa się bez właściwych polityce metod i instytucji.

Bywa, że polityka wkracza w te dziedziny z motywów ideologicznych bądź autokratycznych – lecz winno to być traktowane nie jako zasadna konieczność, lecz zbędna i szkodliwa ingerencja wżycie intymne, prywatne i wspólnotowe, powodująca nadmierne upolitycznianie życia społecznego. Ograniczoną skuteczność tej tendencji ilustruje Stanisław Andreski konstatacją, iż nawet system supertotalitarny, jakim był stalinizm, „nie miał możliwości kontrolowania częstotliwości zdrad małżeńskich, masturbacji, palenia papierosów, picia wódki, powstawania małych gangów złodziejskich itp.”[54] Tym bardziej wolna od polityczności i ingerencji instytucji politycznych jest większość sfer bytu społeczności demokratycznych. I bardzo dobrze, że są wolne od uwikłania w antagonistyczne sprzeczności. Polityka bowiem nie jest fenomenem najistotniejszym w życiu indywidualnym i społecznym. Najistotniejsze było, jest, i zapewne wciąż będzie przeżywanie przez każdą jednostkę i zbiorowość ludzką niepowtarzalnej przygody, jaką jest życie i jego kontynuacja przez przysposabianie do samodzielności kolejnych pokoleń. Polityka, podobnie jak ekonomika i kultura, winny być służebne zapewnianiu społecznościom zdolności przeżycia i osiągania satysfakcji z życia – niczym przysłowiowe tabakiery nosom. I jakość tej służebności jest nadrzędnym kryterium jakości systemów politycznych, ekonomicznych i wszelkich innych.

· Definicje eklektyczne – zastępujące jednoznaczne wyjaśnianie czym jest polityka, upublicznianiem zlepka różnych, w tym i sprzecznych wzajemnie interpretacji. Przejawy takiego podejścia spotykamy w rozmaitych, w tym i przywołanych wyżej publikacjach, których „erudytyzm” sprowadza się do cytowania różnorodnych poglądów – niekiedy nie tylko niekoherentnych, ale i wzajemnie sprzecznych – bez ich krytycznej konfrontacji z praktyką i logiką. Nagminna to współcześnie przypadłość licznych leksykonów politologii, zdarzająca się niekiedy i w podręcznikach o teoretycznych ambicjach [55].

Jest swoistym paradoksem, że tego typu wykładni jest więcej w tekstach publikowanych po demokratycznej transformacji, niż było w czasach panowania autorytarnego systemu. Dzieje się tak zapewne dlatego, że demokracja umożliwia wprawdzie – dzięki uwolnieniu od cenzury – krytyczną weryfikację i odrzucenie błędnych teorii politycznych, lecz pozwala również na upowszechnianie wszelakich interpretacji, włącznie z ostałymi po autorytaryzmie i stronniczo służebnymi uprzedniej formacji. Demokratyzm tym się zaledwie - i aż! - różni w tej materii od autorytarnych systemów, że nie tylko pozwala, ale i obliguje do samodzielnego krytycznego myślenia.

6. PRZYCZYNY RÓŻNIC

Na koniec: skąd się biorą skłonności do kreowania i upowszechniania kratocentrycznych teorii.

W czasach panowania autorytarnych i imperialnych systemów tego typu skłonności były powodowane w istotnej mierze przez dominację kratocentrycznego charakteru „popytu” na teorie politologiczne, ograniczenia dostępności do socjocentrycznej literatury oraz swobody badań i publikacji.

Współcześnie, po upadku autorytarnego systemu i wdrażaniu w Polsce stricte demokratycznych porządków, tego typu wyjaśnienia i usprawiedliwienia odpadły. Stąd oczywista większa odpowiedzialność naukowców za to co tworzą i upowszechniają. To, iż mimo swobody badań i publikacji oraz wzrostu zapotrzebowania na socjocentryczne wspieranie demokracji, ostałe po autokratyzmie pojmowanie i interpretowanie polityki okazuje się dość żywotne, wynika – moim zdaniem – dwojakiego typu powodów.

§ Niekiedy ze świadomie kratocentrycznej orientacji kreujących i upowszechniających takie teorie. Demokratyczna transformacja powoduje wprawdzie osłabienie autokratycznych skłonności polityce, lecz nie eliminuje ich całkowicie. Są wszak politycy, a nawet i całe formacje o wodzowskim zadęciu i autorytarnych skłonnościach – ewidentnym czego dowodem casus tzw. IV RP. Naturalnym jest zatem, że są również i naukowcy o takichże inklinacjach, skłonni wspierać ten nurt przez kratocentryczne interpretacje.

§ Częściej nie tyle nie ze świadomie kratocentrycznej orientacji, lecz z innych przyczyn, a mianowicie:

>> ze skłonności do formalistycznego, instytucjonalno-prawniczego postrzegania i interpretowania polityki - koncentrowania uwagi tylko bądź głównie na organizacyjnych formach i strukturach, miast na społecznych funkcjach i treściach,

>> z inercji – bezkrytycznego traktowania teorii powstałych w czasach dominacji autorytarnych i imperialnych systemów i wedle ich potrzeb; politologia, podobnie jak każda inna dyscyplina naukowa, „skłonna jest kierować się tradycją. Skoro myśl ludzka zostanie raz popchnięta w jednym kierunku, siłą bezwładności toczy się ona utorowanym łożyskiem przez tysiąclecia.”[56]

>> z nadmiernego zaangażowania w struktury władzy, powodującego częstokroć niedostatek dystansu i skoncentrowanie na problemach elit i ośrodków władzy, miast społeczeństwa,

>> z ulegania zapotrzebowaniu części polityków nie tyle na teorie pomocne w rozwiązywaniu problemów społecznych, ile w walce per fas et nefas o władzę, szukających w nauce nie oświecenia, lecz - podobnie jak pijak w latarni – podparcia,

>> z bezradności – niezdolności dostrzeżenia w gąszczu form aktywności politycznej tego, co stanowi sedno jej społecznych funkcji,

>> i last but not least – z lenistwa - bezkrytycznego powielania cudzych teorii, bez zadania sobie trudu samodzielnego zweryfikowania ich trafności. Sedno właściwości tego typu „erudytów” – którzy „nie czynią użytku ze swego rozumu i wyobraźni” po to, by spojrzeć świeżym okiem na stare teorie, lecz „starają się wydobyć nową treść ze starych komunałów”[57] – trafnie streszcza bon mot Stanisława J. Leca, iż „posiedli wiedzę – lecz jej nie zapłodnili.”[58] A co gorsza - częstokroć zainfekowali przez upowszechnianie w obiektywizującym „opakowaniu” interpretacji teoretycznych zrodzonych w czasach dominacji autokratycznych i imperialnych reżimów i wedle ich potrzeb. Żadnym usprawiedliwieniem, iż częstokroć infekowanie to bywa nieświadome – nie sposób bowiem rozgrzeszać naukowców z niedostatku elementarnych kwalifikacji warsztatowych i intelektualnych.

Wszystkim tym ułomnościom sprzyja skłonność części politologów do funkcjonowania w swoistym „obiegu zamkniętym”: koncentrowania się na analizie uczonych tekstów i traktowania ich jako nadrzędnego weryfikatora, miast konfrontowania z nadrzędnym sprawdzianem wszelkich teorii, jakim jest praktyka.

Nic w tym dziwnego i nadzwyczajnego. Wszak politologię tworzą ludzie, a nie anioły. Naturalne zatem, że obiektywny fakt, iż polityka jest grą sprzecznych interesów, wpływa nieuchronnie nie tylko na subiektywizm decyzji politycznych, ale i naukowych analiz tej sfery. Pomocne w przezwyciężaniu tych skłonności i ułomności może i winna być świadomość tych zagrożeń. Przypominanie o tym i wytykanie przejawów poddawania się sprzecznym z wymogami demokracji orientacjom, jest nadrzędnym celem tej publikacji.

O tym, że krytykowane tu zachowania są raczej wyjątkiem niż regułą, świadczy fakt, że politologia z prawdziwego zdarzenia jednak istnieje, wiarygodnie definiuje naturę procesów i zjawisk politycznych i za to właśnie – a nie za usłużność względem doraźnych potrzeb polityków i koncentrowanie się na ich problemach miast społeczeństwa – zyskuje społeczne zaufanie.

q Konkluzje: właściwe współczesności przezwyciężanie dominacji autokratycznych i imperialnych reżimów przez upowszechnianie równouprawniających pełnych demokracji, wymaga wspierania przez adekwatne przewartościowanie i postęp w politologicznej teorii. Sednem tego postępu winno być przezwyciężanie poglądów kratocentrycznych – wspierających panowanie uprzywilejowanych stanów/klas/ras/nacji/konfesji/cywilizacji względem i kosztem innych, przez socjocentryczne interpretacje, otwarcie i konsekwentnie preferujące równoprawność w stosunkach międzyludzkich w każdej skali – od wewnątrzpaństwowej po międzynarodową i globową.

Pomocne w tym być może i winno konsekwentne ukierunkowywanie socjocentrycznej teorii i praktyki politycznej na służebność celowi naturalnemu, jakim staje się współcześnie zwiększanie szans przeżycia i osiągania satysfakcji z życia współczesnych i przyszłych pokoleń całych i wszystkich narodów.

Celowość nie ograniczania się do pozytywnego kreowania i upubliczniania socjocentrycznych interpretacji, lecz także demaskowania kratocentrycznych teorii, motywowana jest nie tylko względami teoriopoznawczymi, ale i praktycznymi: błędy w pojmowaniu prowadzą częstokroć do błędów w działaniu – z negatywnym skutkami dla praktyki.

Źródł0: Zeszyty Naukowe WSE ALMAMER Nr 1 (54) 2009



[1] R.H. Robbins: Globalne problemy a kultura kapitalizmu, Poznań 2008, s. XIV.

[2] B. Crick: W obronie polityki, Warszawa 2004, ss. 11-12.

[3] M. Karwat: Polityka jako skoncentrowany wyraz ekonomiki [w:] B. Kaczmarek [red.]: Metafory polityki, Warszawa 2001, s. 34.

[4] S.D. Tansey: Nauki polityczne, Poznań 1997, s. 16.

[5] E. Voegelin: Nowa nauka o polityce, Warszawa 1992, ss. 15-16.

[6] Szerzej na ten temat zob. M. Gulczyński: Zwiastuny II wielkiej depresji i III wojny światowej?, „Kontrpropozycje”, nr 1(2) 2002, ss. 7 – 30.

[7] T. Mazowiecki: O Bronku, czyli o Polsce, „Gazeta Wyborcza” z 22.07.2008.

[8] Arystoteles: Polityka, Wrocław 1953, s. 12.

[9] G. Burnett: Obraz obecnego stanu Polski, Warszawa 2008, s. 72.

[10] K. Marks: Rękopisy ekonomiczno–filozoficzne z 1844 r., [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 1, Warszawa 1960, s. 562.

[11] K. Vonnegut: Losy gorsze od śmierci, Warszawa 1997, s. 131.

[12] S. P. Huntington: Trzecia fala demokratyzacji, Warszawa 1995.

[13] R. A. Dahl: O demokracji, Kraków 2000, s. 14.

[14] The Economist Intelligence Unit’s index of democracy, http://www.economist.com, s. 5.

[15] Tamże, ss. 3-5.

[16] F. Braudel: Historia i trwanie, Warszawa 1971, ss. 8, 255.

[17] J. Kuciński: Nauka o państwie i prawie, Warszawa 2008, s. 43.

[18] M. Karwat: Polityka rzeczowa, stronnicza i metapolityka, „Studia Politologiczne”, vol. 8 Warszawa 2004, s. 16.

[19] B. Kaczmarek: Polityka jako artykulacja interesów (w:) Kaczmarek B. (red.): Metafory polityki, Warszawa 2001, s. 57.

[20] Pierwotne zartykułowanie takiej natury sprzeczności zob. M. Gulczyński [w]: Widersprüche und Konflikte im Kapitalismus und Socialismus, Frankfurt am Main 1980, ss. 7-19.

[21] B. Crick: dz. cyt., s. 23.

[22] B. Crick: dz. cyt, s. 23.

[23] Tamże, s. 24.

[24] Por. J. Rawls: Liberalizm polityczny, Warszawa 1998; tegoż: Prawo ludów, Warszawa 2001.

[25] B. Crick, dz. cyt., s. 24.

[26] Por. C. Schmitt: Teologia polityczna i inne pisma, Kraków 2000.

[27] tego typu koncepcje znajdujemy w publikacjach rzeczników „konserwatywnej rewolucji moralnej” związanych z krakowskim Ośrodkiem Myśli Politycznej oraz Centrum Europejskim "Natolin".

[28] A. Heywood: Politologia, Warszawa 2006, s. 3.

[29] S.D. Tansey: dz. cyt., s.18-19.

[30] A. Heywood: dz. cyt., s. 27.

[31] L. Sobkowiak: Polityka, [w:] A. Antoszewski, R. Herbut [red.]: Leksykon politologii, Wrocław 1996, s. 297.

[32] M. Gulczyński: Polityka – jej funkcje i rola w życiu społecznym, [w:] W. Czyżowicz [red.]: Materiały pomocnicze do studiowania marksistowskiej teorii polityki, Warszawa 1980, s.9; tożsamo w: Państwo – prawo – obywatel, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1989, s. 57.

[33] M. Gulczyński: Nauka o polityce, Warszawa 2007, ss. 25-26.

[34] J.J. Wiatr: Socjologia polityki, Warszawa 2002, ss. 108; 38. Tożsamo tegoż w: Socjologia stosunków politycznych, Warszawa 1978, ss. 13; 197.

[35] F. Ryszka: Wstęp do nauki o polityce, Warszawa – Poznań 1978, s. 10.

[36] M. Kolczyński, J. Sztumski: Marketing polityczny, Katowice 2003, s. 88; E. Zieliński: Nauka o państwie i polityce, Warszawa 2001, s. 208.

[37] A.J. Chodubski: Wstęp do badań politologicznych, Gdańsk 2005, s. 31.

[38] B. Kaczmarek, dz. cyt., s. 78.

[39] Tamże.

[40] K. Opałek: Wartości i normy w polityce, [w:] Rola norm politycznych w Polsce socjalistycznej, Warszawa–Wrocław 1977, s. 9.

[41] K. Opałek: Zagadnienia teorii prawa i polityki, Warszawa 1986, s. 238.

[42] Zob. Podstawy nauk politycznych. Podręcznik dla szkół wyższych, wydanie III, Warszawa 1979, s. 9; A. Bodnar [red.]: Nauka o polityce, wydanie II, Warszawa 1988, s. 20.

[43] M. Chmaj: Polityka [w:] Chmaj M, Sokół W.: Mały leksykon politologiczny, Lublin 1996, s. 231.

[44] M. Chmaj, M. Żmigrodzki: Wprowadzenie do teorii polityki, Lublin 1998, s. 20.

[45] B. Galasiński: Organizacja polityczna jako rodzaj organizacji społecz­nej, [w:] Historia – prawo – polityka, Warszawa 1990, s. 184.

[46] B. Gołębiowski: Polityka jako kultura, [w:] B. Kaczmarek [red.]: Metafory polityki, Warszawa 2001, s.109.

[47] B. Krauz-Mozer: Między nauka a polityką, [w:] Oblicza współczesnej polityki (aspekty teoretyczne), Kielce 2005, s. 27.

[48] S. Laskowski: Podstawy nauk politycznych, [w:| S. Laskowski [red.]: Podstawy nauk politycznych, Kraków 1980, s. 8.

[49] E. Zieliński, dz. cyt., s. 208.

[50] T. Żyro: Wstęp do politologii, Warszawa 2004, s. 17.

[51] R. A. Dahl, B. Stinebrickner: Współczesna analiza polityczna, Warszawa 2007, s. 46.

[52] Chmaj, Żmigrodzki, dz. cyt., s. 20.

[53] A. Heywood, dz. cyt., s. 10.

[54] S. Andreski: Maxa Webera olśnienia i pomyłki, Warszawa 1992, s. 68.

[55] Zob. J. Muszyński: Podstawy teorii i praktyki polityki, Toruń 2008, ss. 47 i nn.

[56] J. Dembowski: Psychologia zwierząt, Warszawa 1946, s. 12.

[57] B. Crick: dz. cyt., ss. 19-20.

[58] S.J. Lec: Myśli nieuczesane, Kraków 1972, s. 61.